FETO IN FETUS/FULCRUM/NORYLSK – 3 Way Split “The Strange Case Of The Missing Corpse” (Angel Aids)

Idea splitów ma w naszym kraju szerokie grono zwolenników. Wywodząca się z tradycji hard core’owej braterki, pozwalała w dużym stopniu na promocję nowych, mało znanych zespołów. Z czasem także te bardziej uznane grupy zaczęły łączyć swoje siły z zaprzyjaźnionymi zespołami, by umilać fanom oczekiwanie na pełnowymiarowe krążki. W przypadku opisywanego, potrójnego splitu mamy do czynienia z solidnym, death metalowym składem z małą domieszką grind core’a. I z kilkoma całkiem miłymi zaskoczeniami.

Na początek warmińsko – mazurski Feto In Fetus. Spodziewałem się solidnego, amerykańsko brzmiącego death/grind metalu a dostałem kilka co najmniej eksperymentalnych tematów. Oczywiście, nie ma co udawać – takie petardy jak „Deformed Your Face”, techniczny i połamany „Be Without Fear”, „Funeral” czy śmierdzący na milę vader’owskim riffem, króciutki „Bugs Crayling Up My Arms” to stylowy, brutalny i surowy death metal. Pierwsze zaskoczenie przynosi trzeci w kolejności „A Good Day to Die” – industrialna atmosfera, zapętlony, połamany riff i dźwiękowy zgiełk. Zupełnie inne potraktowanie death metalowej stylistyki. Podobnie jest w „Rotten Maggots”, gdzie pokręcona muzyka dostaje atmosferycznego zastrzyku w postaci umiejętnie podbarwiających riff klawiszy. Fajnie przedstawia się też kower Satyricon „Fuel For Hatred”, gdzie głosu użyczył sam mistrz Cezar. Nie można zapomnieć o kolejnym kowerze, czyli „Deaf Death” Dead Infection. W sumie dziewięć kawałków i nadzieja, że chłopaki pójdą właśnie w kierunku zasygnalizowanych w kilku miejscach poszukiwań. Wtedy może być bardzo grubo…

Trójmiejski Fulcrum to już techniczny death metal pełną gębą. Muzycy nie udają, że o coś innego niż łamanie kołem i akademickie zagrywki na „Cyclosporine” chodzi. Czasami brzmi to intrygująco, w niektórych miejscach brakuje jeszcze dramaturgii, jednak muszę przyznać, że pomysły są przyzwoite a wykonanie jeszcze lepsze. Ulubione fragmenty to zagmatwane do granic przyzwoitości „Essence” i „Rot”, zaskakujące jest też nawiązanie do stylistyki Death w „Sandbox” czy „Yellon” z funkującym basem. Dużo się tu dzieje i z każdym przesłuchaniem bardziej przekonuję się do propozycji grupy. Słychać, że to nie przypadkowa zbieranina pomysłów, ale konsekwentnie realizowana wizja. I byłoby autentycznie fajnie, gdyby nie jeden przykry fakt – brzmienie tego materiału jest zatrważająco słabe. Szkoda, bo w bardziej profesjonalnej oprawie te kawałki mogłyby zabijać…

Koniec płytki zdominował włocławski ansambl Norylsk. Z racji mojej niezdrowej fascynacji Rosją muszę przypomnieć, że Norylsk to jedno z najbardziej na północ położonych miast na świecie, założone w 35 roku jako jeden z obozów GUŁAG’u, miejsce znane głównie z produkcji setek ton miedzi i niklu, zjawiska dnia i nocy polarnej i temperatur sięgających zimą – 60 st. C. Podobnie ekstremalnie przedstawia się propozycja polskiego zespołu. Grupa wyraźnie ciąży w stronę grind core’a, choć w opisywanych nagraniach najwięcej jest jednak death metalu. Najlepszy kawałek na tym krótkim materiale to „Hipocrite” ze znakomitym groovem i niemal maszynowym atakiem blastu. Podobnie sprawnie i żywiołowo jest w „In the Likeness of God”. A na koniec kolejny na   splicie kower Dead Infection – „Its Over”.

W sumie mamy trzydzieści kilka minut różnych odcieni death metalowej rzezi i choć osobiście uważam, że Feto In Fetus najlepiej rokują na przyszłość, to polecam z czystym sumieniem śledzenie pozostałych zespołów. Z tego co wiem, Norylsk już promuje pełny, wydany własnym sumptem materiał, pozostaje więc czekać na hałas ze strony Fulcrum. Rośnie nam niechybnie nowe, ekstremalne pokolenie. Mimo ponurych proroctw, gitarowa muzyka ma się nadal całkiem dobrze…

Arek Lerch 4