EWA BRAUN – Love Peace Noise (Nikt Nic Nie Wie)

Sentymentalnych wycieczek część kolejna. Tym razem padło na Ewę Braun, jeden z kultowych już chyba zespołów z lat 90 – tych. Ta zawieszona początkowo między krajową sceną DIY a chicagowską alternatywą grupa wypracowała własny styl, ewoluujący od hałaśliwego post punka w stronę alternatywnego transu, bratającego się niemal z ambientowymi formami. Był to też zespół z nieprzejednaną postawą, zarówno muzyczną jak i ideologiczną. Wznowiona na kompakcie, debiutancka płyta zabiera nas do czasów, kiedy słowo i dźwięk, nawet jeśli nie były tak wymuskane jak to ma miejsce w przypadku dzisiejszych debiutantów, miały zdecydowanie większą siłę oddziaływania.

Kto dziś pamięta rok 1993? Pewnie każdy, kto urodził się, jak niżej podpisany, w początkach ery gierkowskiej a pierwszy koncert zaliczył jeszcze przed upadkiem muru berlińskiego. W październiku 93 muzycy Ewy Braun przyjechali do Warszawy, by w Złotej Skale zarejestrować swój debiutancki materiał, częściowo znany już z kaset demo (nadal posiadam!!). Jak wspomina perkusista Darek Dudziński, emocje były niesamowite i to napięcie słychać w dźwiękach. Z dzisiejszej perspektywy, po wysłuchaniu setek perfekcyjnych nagrań, mogą się starania Ewy wydawać mało znaczące, jednak jeśli przebijemy się przez niedostatki brzmieniowe czy nawet wykonawcze, usłyszymy coś co pozwolę sobie nazwać „oryginalną indywidualną odpowiedzią na poczynania alternatywnych, noise rockowych załóg z Ameryki”. I nie ma w tym stwierdzeniu krzty złośliwości. W dodatku Ewa Braun miała własny, oryginalny styl i pomysły, dlatego nie ma mowy o jakimkolwiek powielaniu pomysłów. Na debiucie słyEwa Braun zespółchać oczywiście mocnego, punkowego ducha, szczególnie w tekstach, które w małych fragmentach pozostają jeszcze publicystyczne, jednak już na tej płycie ujawnia się literackie mistrzostwo, chociażby w „Ziemi”, „1692” (co ciekawe, wersja tego utworu z demówki „Pierwsza Cobieta” do dzisiaj robi na mnie dużo większe wrażenie…) i w szczególności w ekstatycznym hymnie wegetarian – „Zmartwychwstaniu”. Pojawia się tu także charakterystyczny wątek „drogi”, w postaci „Zeszłego piątku”, który w pewnym sensie zwiastuje to co nastąpi na kolejnym krążku czyli „ESION” – najlepszej, uduchowionej i cholernie smutnej płycie tej niezapomnianej załogi.

Co do muzyki – już długości numerów (najkrótszy kawałek ma nieco ponad siedem minut…) mówią nam o rozmachu, z jakim przygotowano płytę. Transowe, wijące się gitarowe opowieści, suche dudnienie zapętlonych bębnów, całkowita rezygnacja ze schematu zwrotkowo – refrenowego na rzecz otwartych, spiętrzonych katedralnie dźwięków mogą nawet dzisiejszych, zasłuchanych w post – neurosisowe smęcenie maniaków nieźle zaskoczyć. Jasne, że jest to wszystko dość „chude” brzmieniowo, nie ma tych dołów i ciężaru, pamiętajmy jednak kiedy płyta powstała. W 94 roku było to bardzo odważne posunięcie i portretowało Ewę Braun, tuż obok takich wykonawców jak debiutujący nieco później Thing czy Dump, jako jeden z najciekawszych zespołów krajowego podziemia.

Dzisiaj, z perspektywy wielu lat, bogatszy o takie i inne doświadczenia zauważam (wbrew powszechnym opiniom), że zespół finalnie nieco się zagubił, bo już na mającej przecież doskonałą prasę (full nominacji i uwielbienie dziennikarzy…) płycie „Sea Sea” prezentował się jako mocno schizofreniczny twór, gdzie dominacja postrockowych fascynacji Dymitera zderzała się z twardą, noise rockową – choć nadal bardzo otwartą – formułą. Być może właśnie dlatego te wczesne, nieokrzesane jeszcze nagrania mają tak wielką siłę rażenia. Młodzieńczą naiwność zderzoną z wykraczającą poza utarte schematy muzyką chyba najlepiej puentuje tytuł płyty, symbolicznie zamykający ducha w trzech wymiarach – od przyziemnego hałasu począwszy na miłości skończywszy. Kawał ważnej i nadal intrygującej historii krajowej muzyki niezależnej. Szacunek.

Arek Lerch