EVIL SHEPHERD – Evil Through Darkness… and Darkness Through Death (Empire Rec.)

Właśnie zorientowałem się, że chyba przespałem kolejny trend. Minąłem się gdzieś pomiędzy metrem a tramwajem z mocno dającą znać o sobie modą na thrash. Nie zauważyłem, kiedy należało schować głęboko na dno szafy koszulki Napalm Death i Nasum a przywdziać obcisłe gacie i białe adidasy. No cóż, nie zostanę traszerem, ale i tak czasem gdy wpadnie mi w ucho dobry, thrashowy album, nie omieszkam takowego posłuchać.

 

Slayer qrwa!!! Właściwie to wszystko co chciałbym powiedzieć w temacie Evil Shepherd, choć będąc szczerym, zespół ten wyprodukował co najmniej kilka dźwięków, sprawiających, że warto poświęcić temu materiałowi więcej niż jedno standardowe przesłuchanie. Podstawą, na której rozwija się tu metalowy łomot jest rzeczywiście twórczość zespołu Slayer, z małym dodatkiem Nuclear Assault i kilku innych formacji, które budowały potęgę thrashowej sceny. Nie bez znaczenia w twórczości młodych Belgów są też odniesienia do zespołów, które thrash łączą z black metalem. Nie jest to nic nowego ani odkrywczego lecz przyznać trzeba muzykantom, że mimo jawnej wtórności ich muzyka broni się głównie za sprawą pasji z jaką jest odegrana. Osobiście, jeśli wybieram album z thrash metalem, oczekuję solidnej, agresywnej chłosty i Evil Shepherd spełnia moje zachcianki niemal w stu procentach. Muzycy może i mają mleko pod wąsem, ale bardzo dobrze wiedzą jak przypierdolić by bolało naprawdę mocno. Szybkość, agresja, furia i szał; dodajmy do tego odrobinę melodii i szczerze mówiąc, to już wystarczy. Evil Shepherd wychodzą ze swoją muzą nawet o krok dalej dodając do koktailu trochę smoły, jednak moim zdaniem kilka momentów to jeszcze za mało by wciągnąć zespół na półkę okupowaną przez ekipy Aura Noir czy Destryoyer 666.

Właściwie to wszystko, co chciałbym powiedzieć w temacie Evil Shepherd; niezłe thrashowe pierdolniecie z black metalem w tle, nic tylko słuchać i machać banią…

Wiesław Czajkowski

Cztery