ETERNAL ROT – Cadaverine (Godz ov War)

„Cadaverine” to dziwna płyta. Z jednej strony jest to prosty, gatunkowy metal typu podziemny, kierowany do wąskiego grona piwnicznych szperaczy. Z drugiej – wrażenia z jej słuchania są zgoła ine niż to, czego zazwyczaj dostarcza doom/death, jak reklamuje Eternal Rot ich wydawca. Niby trafnie, ale jakoś nie do końca.

Debiutancki album Eternal Rot pozornie wykłada karty już na otwarciu. To łopatologicznie prosty hałas zbudowany na marszowym tupaniu automatu perkusyjnego, dwóch-trzech prostych riffach i roztopionym w miksie growlu z wnętrza żołądka. Nie ma tu ani pół chwytliwej melodii, refrenu, interludia ani nawet sampli z horrorów – tylko miarowe mielenie ultraciężkim, piwnicznym death metalem. Cały bajer polega na tym, że doprowadzona do tak skrajnego uproszczenia forma daje efekt bliższy połączeniu chałupniczego goregrindu i… metalu industrialnego. Zamiast skupiać się na „kompozycji” czy technicznych skillach członków Eternal Rot, adekwatnym nastawieniem jest dać się porwać strumieniowi transowej smoły, która zalewa podświadomość. „Cadaverine” przypomina trochę zapomniany zespół Cock and Ball Torture, grający swego czasu najwolniejszy grind na świecie, a trochę znowu to, co nagrał Godflesh kowerując „F.O.D.” Slaughter. Tyle, że jeszcze prościej, jak w tępym tresorowym techno.Grafika

Zapewne jest tak, że dopisuję tu Eternal Rot kontekst, który samym twórcom może być zupełnie obcy. Prawdopodobnie sami twierdzą, że łupią po prostu tępy doom/death i nic ponad to. I to prawda, ale mnie osobiście słucha się tego zupełnie inaczej. Trafnym opisem twórczości Eternal Rot byłby tytuł jednego z albumów Scorn, „Hednod Sessions”, bo to właśnie taka muzyka, do miarowego kiwania głową. Ujdzie jako prymitywny potomek Necro Schizma i Mortician, zupełnie zaś nie sprawdzi się jako metal dla fanów metalu rozumianego jako mocniejszy rock. Nie da się jej wybronić jako potencjalnego suportu Decapitated, ale co większe świry będą pływać w tym bagnie stylem motylkowym.

Bartosz Cieślak

Cztery