EMPTY FLOWERS – Six (Translation Loss)

Empty Flowers jest zespołem, który niczym dobry nauczyciel  postanowił pójść z dobrą nowiną do młodzieży, głosząc wśród niej kult noise/emo/trans rocka. A że młodzież dzisiaj raczej debilna jest, skupiając się na tym, co łatwe i przyjemne, dlatego też i „Six” bliżej do indie piosenki niż do bezpardonowego napierdalania po uszach. Stąd też jest płyta taką lekką schizofrenią – z jednej strony łatwa i przyjemna, z drugiej, gdzieś podskórnie mająca zdecydowanie większy ciężar gatunkowy. Czy jednak można mówić o jakimś objawieniu? Raczej nie. Co najwyżej o konkretnej rozrywce.

Empty Flowers zachowali się jak nie przymierzając „szczyle” – z naiwnością debiutanta (a przecież muzykanci z niejednego pieca chleb już jedli…) otworzyli swoją płytę piosenką „Resonante”, która dystansuje resztę utworów, stając się dla piszącego te słowa – w kontekście reszty zestawu –  sporym zaskoczeniem. Wspomniany kawałek brzmi jak jakiś nieznany  i dotąd nieopublikowany numer pochodzący z „Holy Money” SWANS. Charczące, przesterowane bębny, niemal mechaniczny trans, dźwiękowy gwałt i bardzo charakterystyczna, ekstatyczna melodyka. Rewelacja! Dlatego też reszta utworów – jakkolwiek bardzo profesjonalnie podanych wypada denerwująco zwyczajnie. Empty Flowers budują swoje piosenki w oparciu o miarowo pulsującą sekcję, często wypuszczaną na zwrotkach bez podkładu gitar, co przypomina nieco manierę Pixies czy nawet hipnotyczne dokonania Girls vs Boys. Nikt nie stara się tu przeginać ze zbytnio dysonansowymi gitarami, często wpadając w lekko nostalgiczne, prawie – melodyjne bujanie („Just Being Pushed”, kojarzący się trochę z Sonic Youth czy delikatny, elektroniczno – gitarowy „Call a Priest”). W kilku miejscach zespół przypomina sobie jednak, że można zagrać nieco bardziej zadziornie, kalecząc przesterami przestrzeń jak w świdrującym, lekko „lungfish’owym” „Police”.

Najbliższy „Resonante” a tym samym drugi, budujący największe napięcie kawałek to „Ice on Wings”. W tym numerze zwraca uwagę sprawna aranżacja, łącząca ostre nawalanie z ciekawymi zmianami klimatu i delikatną wstawką, kojarzącą się z akustycznym obliczem Łabędzi. Szkoda, że tylko tyle, bo w tych momentach zespół wypada bardzo świeżo i przekonująco.  Z drugiej strony, nie można oceniać dokonań grupy pod kątem wspomnianych kawałków; w oderwaniu od nich muzyka zespołu jest całkiem bezpretensjonalna i z każdym przesłuchaniem lepiej smakuje. Powrócę jeszcze do „Resonante” – być może utwór ten powoduje, że do pozostałych kompozycji podchodzę ze zbyt rozbuchanymi oczekiwaniami; bez nich muzyka Empty Flowers – nawet jeśli znawców  touch&go/dischord’owej klasyki niczym nie zaskakuje – jest po prostu dobrym, lekko zapętlonym i umiarkowanie hałaśliwym, post hardcore’owym graniem.

Arek Lerch