EMIL MISZK&THE SONIC SYNDICATE – Don’t Hesitate! (Alpaka)

Chyba nigdy wcześniej jazz czy ogólnie muzyka improwizowana nie miały się w Polsce tak dobrze. Z każdej strony docierają do nas kolejne projekty, kolejne próby stworzenia pomostu miedzy starą, mityczną sceną jazzową a nowym spojrzeniem na takie granie. Raz lepsze, raz mniej, ale zawsze budzące emocje. Tym razem przedstawiamy kolejny rozdział epopei a fakt, że Emil Miszk ze swoim syndykatem pochodzi z Trójmiasta dodaje sprawie pikanterii.

Przyznam od razu, że jestem fanatykiem małych składów improwizowanych, bo w skromnej konfiguracji można z każdego muzykanta więcej wyciągnąć. Dlatego zmierzenie się z oktetem to nie lada wyzwanie – pojawiają się od razu pytania, czy liderowi udało się taką gromadkę okiełznać, czy nie zostaniemy przytłoczeni dźwiękiem itp. Po lekturze tej płyty wiadomo już, że wszystko jest  w najlepszym porządku. Oczywiście, zarządzanie dużym składem zmusza do bardzo rygorystycznego podejścia do aranżacji, bo nietrudno sobie wyobrazić, co by się działo, kiedy każdy z muzyków zabrałby się za wycieczki solowe. Na „Don’t Hesitate!” przeważa świetne i zrównoważone granie zespołowe. Być może w pierwszym momencie wydaje się, że kompozycji podporządkowano także zapędy improwizacyjne, ale po dokładniejszym wsłuchaniu się w muzykę, łatwo zauważyć, że muzycy potrafią dać sobie przestrzeń i na to.Band

Także stylistycznie jest całkiem ciekawie. W pierwszym momencie odniosłem wrażenie, że to kolejna trupa rekonstrukcyjna, mocno związana z klasyczną, jazzową formułą, to akurat mnie trochę przeraziło, bo przecież mamy do czynienia z załogą z 3M, mekki szaleństwa. Fakt, szaleństwa jest tu raczej mało, ale wynika to nie z zachowawczości a raczej przyjętego kierunku. Na pierwszym planie są świetnie skomponowane tematy, wokół których budowane jest napięcie i pojawiają się odstępstwa od standardu. Znakomicie pracująca sekcja, która – trochę po linii Niechęci czy w  mniejszym stopniu The Flash! – czerpie zarówno z jazzowej, synkopowanej stylistyki jak i z rocka, jest swoistym torem, po którym porusza się pozostała grupa muzyków. Nie maco ukrywać – na plan pierwszy wysuwa się sekcja dęta pod dowództwem grającego na trąbce lidera. Chwytliwe tematy, doskonały puls i piękne frazowanie. Jeśli solówki, to krótkie, tak, by nie zachwiać zespołowej jazdy. Warto zwrócić uwagę na gitarę, instrument w takiej kombinacji dość egzotyczny – gra oszczędnie, ale zdarzają się momenty, kiedy potrafi poprowadzić narrację kompozycji. Cała płyta to zestaw znakomitych, bardzo zwartych utworów, jeśli już miałbym coś wyróżnić, to najbardziej „trójmiejski”, lekko eksperymentalny i rozbudowany temat „Heart of Darkness”.

Gdybym miał podsumować „Don’t Hesitate!” jednym, krótkim zwrotem, brzmiałby on „muzyka do wielokrotnego użytku”. Nie ma nudy, za każdym razem odkrywam coś nowego, i co najważniejsze, ta muzyka żyje, obojętnie, czy usłyszymy w niej wątki klasyczne, skupimy się na melodii czy wyczujemy związki z alternatywą. To już nie jest nadzieja, ale „tu i teraz” współczesnego jazzu.

Arek Lerch

Pięć i pół