EMIL MISZK & THE SONIC SYNDICATE – Artificial Stupidity (Alpaka Records)

Nowa produkcja Emila Miszka i załogi to sam konkret, esencja czegoś co nazwałbym współczesnym, ale kochającym klasykę jazzem. W odróżnieniu od poprzedniej produkcji „Don’t Hesitate”, w tym przypadku zespół nie pieści się ze słuchaczem, podając zwięzłą i treściwą informację: tak się gra w 2020 roku.

Byłem ciekawy w jaką stronę pociągnie swoją załogę trębacz, i przez cały czas trwania płyty nie mogłem się opędzić od wrażenia, że Emil stworzył muzykę na miarę naszych szybkich, zdawkowych czasów, kiedy każdy pędzi, nie lubi marnować czasu i chce dostać w minutę skondensowaną informację, którą będzie mógł strawić. No właśnie – „Artificial…” to dzieło XXI wieku. Zamiast dłużyzn, zamiast oczekiwania na rozwój sytuacji, zespół od razu zabiera się do pracy – utwory są zwarte, w zasadzie tylko jeden dociąga do dziewięciu minut, wszystko jest podane bez zbędnego wprowadzania. Dostajemy krótki, 34 minutowy komunikat: tacy jesteśmy i wiemy co chcemy osiągnąć. Już pierwszy kontakt z płytą ujawnia zamysł: zamiast improwizacyjnego szaleństwa, dokładnie zaplanowany i zaaranżowany zestaw, który z racji zwięzłości należy traktować jako pewną opowieść, przekaz skonstruowany na miarę symfonii, oczywiście, symfonii, która zeszła z piedestału na ulicę. Wspomniałem o klasyce – dokładnie tak jest, zespół nie zapiera się korzeni, kiedy uderza swingującym „Pranky”, gdzie jest „dużo” muzyki, przestrzeń zostaje szczelnie wypełniona dźwiękiem, dobrym gruwem i przede wszystkim – co jest chyba dla tej płyty symptomatyczne – potężną dawką nośnych melodii. Dlatego słucham tej muzyki głównie jako dobrze przemyślanych kompozycji, ruchliwych („Insta” z ładnie ciągnącą do przodu gitarą), czasami noszących piętno komedowskiej melancholii („Feed” – melodia, która pojawia się gdzieś na poziomie 2,27 min jest rozbrajająca), wreszcie onieśmielających w swojej złożoności, tak jak „Pixel” – to w zasadzie szczyt tej płyty, gdzie obok rozbuchanej aranżacji (czy słowo progresja kogoś obrazi?) pojawiają się żywiołowe improwizacje Kuby Więcka, ładne tematy fortepianu, w każdym bądź razie, ten utwór to znakomita prezentacja możliwości składu i potwierdzenie fenomenalnego zgrania całej załogi. Bardzo chciałbym „Pixel” usłyszeć na żywo, żeby móc skonfrontować go ze studyjnym oryginałem. Co jeszcze? „Ilustracyjne” wejścia „Hash” z doskonałą grą sekcji, pięknie gadający kontrabas, tak tak, spieszymy się, żeby w tych kilku minutach każdy mógł powiedzieć coś od siebie, ale nie, nie ma jakiegoś nerwowego przepychania się do przodu i tu chyba tkwi fenomen tego składu, bo coś co opisane na papierze może sugerować jakieś napinanie się, na płycie jest tak swobodne i naturalne, że podczas lektury ani przez chwilę nie czujemy się przytłoczeni dźwiękiem, wręcz przeciwnie, udziela się niemalże od razu atmosfera dobrej zabawy.Emil Miszk&Sonic Syndicate

Przyznam, że kiedy pierwszy raz spotkałem się z tą płytą i policzyłem czasy, byłem zawiedziony – co to, mini album!? Ej, to gdzie będzie improwizacja?! No i dostałem prztyczka w nos, bo zespół z wielką klasą pokazuje, że nie trzeba grać godzinę, żeby dać słuchaczowi mnóstwo radości. Oczywiście, nadal jestem wielkim fanem długaśnych, improwizowanych wycieczek, ale „Artificial Stupidity” jest tak soczysty i sycący, że gdyby trwał dłużej, musiałbym chyba z miesiąc zbijać kalorie. Nie wspomniałem o finale płyty, czyli „Trollingu” (swoją drogą, czy te „socialmediowe” mrugnięcia okiem są jakimś przytykiem do naszego, współczesnego trybu życia?) gdzie szczególnie zwraca uwagę gra gitarzysty i bardzo dynamiczne prowadzenie sekcji, co momentami prowadzi muzykę zespołu w stronę jazzrocka. A sam lider? Jak prawdziwa szara eminencja, nie wychodzi przed szereg, jest z pozostałymi muzykami zespolony niemal organicznie, szefuje dyskretnie i pokazuje brzmieniową ekstraklasę. Chciałoby się powiedzieć, mała rzecz a cieszy, albo ładnie spuentować w stylu „power of the horns”, ale coś tu blisko do „Polski” Damasiewicza, choć to przecież nie jest wcale takie złe zestawienie, prawda?

Arek Lerch

Sześć