EMBITTER – Orwellian (Youth 2 Youth)

Stołeczny hardcore wydał na świat tyle dobrze rokujących zespołów, a jednocześnie pogrzebał potencjalne kariery niemal wszystkich z nich; mam naprawdę wielką nadzieję, iż Embitter, zespół nomen omen złożony z kilku niedawno uśmierconych formacji, nie podzielił losu wielu lubianych przeze mnie ekip. Na całe szczęście nie zapowiada się na to, aby w najbliższej przyszłości grupa miała zwolnić tempo, i już po drugiej w tym roku ep-ce (o której poniżej) przygotowuje się do longplaya i coraz liczniejszych koncertów, w niekoniecznie czysto hardcore’owym towarzystwie. Z korzeni się jednak nie wyrasta, dlatego „Orwellian” ląduje w straight edge’owym labelu Youth2Youth prowadzonym przez członków Regresu i Vicious Reality. W pewnym sensie wszystko zostaje w rodzinie, ale dla wielu – w tym samych wydawców – to co słyszymy na najnowszej kasecie warszawiaków to spore zaskoczenie.

Nie będę ukrywał, że dla niżej podpisanego również. Na nostalgii za latami 90., udało się niejednemu zespołowi zrobić wielką karierę, ale przeważnie jest to shoegaze i smęty, a to, co prezentuje Embitter to powrót do naprawdę chlubnej i zwariowanej przeszłości hc/crossover i pierwszych, metalcore’owych płyt. Co prawda w twórczości tego młodego zespołu słychać bardziej Amerykę aniżeli belgijski i holenderski napierdol, zatem jeśli mówią Ci coś nazwy takie jak Merauer, Chokehold, Liar i Morning Again – to jesteśmy w domu. Jedynym wyjątkiem jest melodyka bliższa skandynawskiej szkole metalu – a to rekomendacja sama w sobie.

Swoją drogą, dla wielu mniej otwartych hardcore’owych głów Embitter może być zbyt metalowy, a dla przeciętnego kuca, zbyt mało oryginalny. Powiem wprost, nie ma to żadnego znaczenia, bowiem zarówno debiutancka „Season of Solitude” jak i „Orwellian” to pierwszorzędny, undergroundowy materiał. W przypadku najnowszej pozycji otoczony diabelską opieką Satanic Audio, studia, które wyrasta na jedno z najbardziej cenionych i sprawdzonych w krajowym ciężkim graniu miejsc. Nie mam żądnych wątpliwości co do słuszności takiej współpracy, gdyż te cztery numery (w tym intro i cover, o którym za chwilę) brzmią naprawdę solidnie, mięsiście i jeśli mówimy tutaj o graniu na oldskulową modłę i w dość specyficznej konwencji, jest to materiał niemal podręcznikowy i jakby żywcem wyjęty z epoki. Da się? A jakże.Band

Najważniejsze w takich grupach rekonstrukcyjnych to zachowanie dystansu i chęci stopniowej budowy własnej tożsamości. O ile Warszawski zespół bazuje na dokonaniach wcześniej wymienionych zespołów, zgrabnie poruszając się w crossover’owej stylistyce, słychać, że to zespół, który nie chce utknąć w miejscu, ani zjadać już dawno przeżarty ogon. Oby tak było.

Na koniec parę słów na temat coveru „Dictation of Beauty”. Poza tym, że jest to wzorcowo odegrany numer, dla osób postronnych ten track może wydawać się autorską kompozycją Embitter. Poważnie, gdybym nie znał oryginału złapałbym się na tym, że choć brzmi delikatnie inaczej (głównie przez sekcję rytmiczną) od reszty dotychczasowego materiału, mógłbym pomylić ten numer z nagraniem, chyba już legendarnego zespołu. Hurraoptymizm nad wyraz? Może, ale jasny gwint, dawno nie słyszałem w polskim podziemiu tak wartościowego, choć niestety odrobinę przykrótkiego napierdalania. Miejcie ich na uwadze.

Grzegorz Pindor

Cztery