ELUVEITIE – Evocation II – Pantheon (Nclear Blast)

Jakiś czas temu pełnoprawny album zaprezentowali Cellar Darling, teraz w ich ślady podążają bardziej znani krajanie z Eluveitie – też folkowi, tyle, że w nieco bardziej nachalny i przaśny sposób. Chociaż… z wszystkich twarzy grupy, właśnie ta akustyczna przemawia do mnie najmocniej. Jest więc nieźle i momentami bardzo przebojowo, choć bez dłużyzn i mielizn się nie obyło… Osiemnaście numerów. A gdzie litość dla tych, co przez całość muszą przebrnąć?!

G: Witam, panie kolego, folk metal towarzyszy nam przy okazji kolejnych rozmów, toteż warto pokusić się o wydanie opinii na temat nowego Eluveitie. Niestety, w przypadku tegoż hordu, zdarzają się rzeczy „bez prądu”, i jest to drugi taki wypadek w karierze. Z mojej perspektywy – a zespół lubię – to rzecz, na którą czekałem (trochę za długo), ale spełnia moje oczekiwania. A dla ciebie, redaktorze?

A: Zaraz, zaraz, ale dlaczego niestety? Jedni (chociażby ja) są w stanie przełknąć ten zespół tylko w wersji akustycznej, inni może wolą Eluveitie codzienne, choć i takie zniosą… Skąd to „niestety”? Cóż, ja na ten krążek nie czekałem, ale skoro się pojawił, przesłuchałem i… jest dobrze. Nie rewelacyjnie, ale momentami ponadprzeciętnie.

G: Momentami bardzo świeżo, może nawet stadionowo, bo single z tej płyty „niosą”, jak trzeba. W ogóle, podoba mi się – i jest to odniesienie również do pierwszej części „Evocation” – że mniej słyszymy tu Chrigela, a częściej – wokalistkę. W zasadzie, jego udział jest całkowicie zbędny, ponieważ puls i groove utworów nie wymagają tak agresywnej ekspresji.

A: Masz całkowitą rację – single wyraźnie wybijają się ponad ogół i ciągną całość w górę. Nawet, jeżeli przy pierwszym podejściu wydawały mi się przaśne i proste w taki toporny sposób, to ostatecznie „zaskoczyły” i chętnie do nich wracam. I wiesz, to ciekawe spostrzeżenie, bo ja nawet o tej kwestii nie pomyślałem. Kobiecy wokal w tego typu graniu wydał mi się zupełnie naturalny i na miejscu. To mądry wybór, agresja mogłaby zatrzeć całe pozytywne wrażenie – na szczęście, Chrigel skupił się na komponowaniu i wszystkim wyszło to na dobre.

G: Niby wszystko „gra i buczy”, ale długość płyty dla osób do tej pory stroniących od takich dźwięków może być nie lada przeszkodą. Sam łapię się na tym, że przewijam…band

A: Znowu w punkt, Grześku. Przecież to przytłacza nawet wizualnie – weźmiesz taką płytę do ręki w sklepie, spojrzysz na tylną okładkę i dostrzeżesz… 18 utworów. To raczej nie zachęca. I mnie trochę odrzuciło, ale kiedy zorientowałem się, że gro z tych pozycji to wstępy, przerywniki i tym podobne, głęboko odetchnąłem. Zdarza się jednak, że numer stoi w jakimś rozkroku – trwa parę minut i ani to intro do czegoś większego, ani pełnoprawna piosenka… To już fajne nie jest.

G: Ja tak mam z polskim rapem, że jak widzę 20 numerów, a do tego bonus disc, a tam drugie tyle (sorry, O.S.T.R), to ręce mi opadają. Z metalem, czy rockiem w ogóle, mam bardzo podobnie. Od dłuższego czasu przemawiają do mnie krótkie wydawnictwa, 30 minut i nara. Ale za to jakiej treści! A tej na „Pantheon” jest dwa razy za dużo.

A: Rap to jednak nieco inna sprawa, tam – zdaje się – płyty to często zbiór niepowiązanych bliżej numerów. Rzadko trafia się koncept album, coś jak „PRO8L3M” czy „Basement Disco” Kękę/Hase, którego słucha się w napięciu od pierwszego do ostatniego dźwięku. Tegoż napięcia więcej powinno być, przynajmniej w teorii, w dziełach wychodzących z gitarowego światka. A jest różnie. Coś w tym jest – pół godziny to niby niewiele, ale jeśli zaintryguje, od razu można wrzucić drugi odsłuch. W przypadku bardziej opasłych dzieł ciężko wysiedzieć w skupieniu nawet raz… Szczególnie dziś, kiedy rozprasza nas dosłownie wszystko.

G: Ja ostatni raz takie napięcie czułem, kiedy O.S.T.R. wydawał „Tylko dla dorosłych” – nie dość, że swoją najlepsza płytę, to kamień milowy polskiego rapu. Wspaniały koncept, jeszcze lepsze wykonanie. Wracając do naszych szwajcarskich bohaterów – cóż, nie można Chrigelowi odmówić pomysłu na siebie i zespół, ale brakuje w tym długofalowego planu. Długie lata oczekiwania na następcę pierwszej części „Evocation” obniżyły zainteresowanie folk metalem w wersji unplugged. Zaznaczyłem, iż krążek nie zawiódł moich oczekiwań, ale też ich nie przebił. Ot, bardzo poprawna i uniwersalna muzyka.

A: Wiesz, pierwszy rozdział Ewokacji wziął słuchaczy niejako z zaskoczenia, był czymś świeżym i odmiennym, toteż raczej ciężko go przebić. Tym razem, przynajmniej w przybliżeniu, wiedziałeś, czego możesz się spodziewać. Czy popyt osłabł? Bo ja wiem… Jeżeli coś jest dobre, zawsze znajdzie odbiorcę. Tutaj momenty są, ale generalnie jest to płyta rozwodniona i irytująco przegadana. Jak znajdujesz nową wokalistkę Eluveitie?

G: Jako kopię Anette Olzon, do której ostatnio porównywałem śpiew Anny Murphy. Te wszystkie anielskie głosiki brzmią łudząco podobnie, i gdybym nie był z zespołem za pan brat, cóż, nie zauważyłbym różnicy. Nowa wokalistka ma jednak zasadniczą, ale uleczalną wadę – rzucono ją na głębokie wody i, choć utrzymuje się na powierzchni, trafia na straszliwe mielizny beztalencia i kopiowania samej siebie. Z czasem choroba powinna ustać, a wtedy doczekamy się części trzeciej.

A: No właśnie, poruszasz temat kontynuacji – z tego, co wiem, w założeniu ma to być akustyczna trylogia. Może za parę lat, po wydaniu kilku tradycyjnych albumów, utrwaleniu się składu i zazębieniu wszystkich elementów, powstanie krążek lepszy i bardziej absolutny. Czyli – konkludując – zmiany personalne, patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie wyszły grupie na dobre? Wokalistka kopiuje i odtwarza, nie wnosząc nic nowego?

G: Tak jest. Jest cieniem Anny, która obok Chrigela była najbardziej rozpoznawalną i charyzmatyczną osobą w grupie. Dajmy im czas. Ja dam, bo o zespole cały czas pamiętam, ale niekoniecznie, mając trzy dychy na karku, będę jarał się potupańcami przy hurdy gurdy…

A: No tak, poważny wiek wymaga poważnych postaw, Grześku. Jednak mimo wszystko i mimo tego, że nowi członkowie nie wnieśli raczej wyczuwalnej świeżej krwi, jest to krążek niezły. Prawdopodobnie zawdzięczamy to umiejętnościom kompozytorskim Chrigela, bo czemu by innemu… Jakieś ulubione momenty?live

G: Totalny luz w „Epona”, dziwnie kojarzący mi się z koncertowymi improwizacjami u Nightwish (a te zawdzięczamy Troyowi Donockleyowi), a poza tym, wiem, iż zabrzmi to dość tanio, ale lubię patos tych utworów. To, jak Chrigel i nowa dziołcha uzupełniają się wokalnie, jak zachęcają do tańca i wspólnej podróży. Szkoda, że robią to tak rzadko, bo wędrówka, o której pisaliśmy przy okazji Cellar Darling, staje się znacznie weselsza. Właśnie dzięki takim utworom utwierdzam się w przekonaniu, że ten „folk” ma sens. Choćby na chwilę.

A: Ja również nie będę oryginalny – najbardziej robią mi single z „Evocation II”. Patos jest jak najbardziej znośny, ale w formie, o jakiej wspominałeś wcześniej: wyrywkowej, zakładającej pomijanie niektórych numerów. Mnie ujęły również rytualne zaśpiewy i wezwania, balansujące co prawda na granicy pastiszu, ale jednak intrygujące. No dobrze – kto zatem lepiej odnalazł się w nowej rzeczywistości? Eluveitie czy Cellar Darling?

G: Cellar Darling, bo przed nimi wielka kariera – zwłaszcza, jeśli uwypuklą folkowe elementy. Eluveitie niestraszne ani wymiany połowy składu, ani koncerty w mniejszych salach. Poradzą sobie niezależnie od sytuacji.

A: Jasne, że Eluveitie to wielki gracz muzycznego biznesu, któremu zaszkodzić nie zdoła chyba nic. Cellar Darling zaczynało od podstaw, od zera, i wybroniło się, czyniąc mocny fundament pod owocną karierę. To fakt. Czekałem jednak na rozstrzygnięcie, który album lepszy. Moim zdaniem, odpowiedź może być tylko jedna.

Rozmawiali Adam Gościniak i Grzegorz Pindor