ELIZABETH – Where Vultures Land (Throathruiner Records)

Hard core przestał być hermetycznym ogródkiem dla garstki wzajemnie nakręcających  się zapaleńców. Ten świeży powiew realizowany jest już od bardzo dawna, jednak dopiero w dzisiejszych czasach udało się stworzyć muzykę, która, nie odstępując od korzeni (np. crust), jest nowoczesna, ale jednocześnie smakowicie „stara”. Niedorzeczne? Posłuchajcie Elizabeth.

Wszyscy jarają się Wolfbrigade czy Tragedy, że o innych post-entombed’owych, death’n’rollowych mutantach nie wspomnę. I słusznie, szkoda jednak, że zapomina się o tak nie – hardcore’owych krajach jak np. Szwajcaria. Opisywany w niniejszej recenzji zespół jest podwójnie absurdalny. Nie dość, że pochodzi z ojczyzny Samael i Celtic Frost, to jeszcze nazywa się Elizabeth. Na szczęście, sama muzyka jest bardzo przyzwoita i w ciekawy sposób interpretuje klasyczny punk i d – beat.

Głównym składnikiem mikstury jest punk rock, jednak zespół nie może się opanować i cały czas wciska w proste pieśni jakieś swoje wynalazki. Cieszy jednak, że rdzeń muzyki jest zajebiście twardy i niesamowicie energetyczny. Surowa produkcja dodaje całości jeszcze więcej agresji. Klucz do sukcesu tkwi w odpowiednich proporcjach, bo choć Elizabeth kombinuje, nigdy nie zapomina, że muzyka musi być rytmiczna i osadzona na ciężkich, hardcore’owych riffach. Tak jak sztandarowy hit płyty – „Darkness”. Co ciekawe, muzycy wyraźnie nasłuchali się muzyki noise rockowej, którą swobodnie łączą z punkiem w „Sailor’s Grave”. Bardzo płynnie wychodzi im też łamanie aranży („Black Eyed” czy „Heartbeals”) a nawet rozbudowane struktury („The Call” – jest i akustyczna wstawka, odwracanie proporcji i oczywiście, d – beat’owa galopada). Czysty punk rock mamy jedynie w minutowym strzale „Candes”.

Z tej wyliczanki wyraźnie widać, dlaczego płyta mi się podoba. To w zasadzie ep – ka, jednak nawet w takiej krótkiej formule można słuchacza, zawalonego wszech – otaczającymi dźwiękami zanudzić na śmierć. Elizabeth udaje się wyjść z tej pułapki zwycięsko, bo w każdym, nawet tym najbardziej pokopanym momencie, pamiętają, kim są – brudnymi, pieprzonymi punkami.

Arek Lerch