ELECTRIC WIZARD – Wizard Bloody Wizard (Spinefarm Records)

Mistrzowie mieszania psychodelicznych wyziewów z przebojowością retro – bujania powracają płytą, która w oczach wielu jawi się wystąpieniem wręcz szokującym – nie opowiada się bowiem po żadnej ze znanych dotąd stron. Co więcej – chociaż mówimy o graniu bardzo dalece regresywnym, kierunek obrany przez Brytyjczyków na „Wizard Bloody Wizard” jest dla nich, paradoksalnie, czymś… nowym.

Nie można tu mówić ani o słodkim sfuzzowaniu i piosenkach znanych z „Witchcult Today” czy „Black Masses”, ani o kontynuacji bulgoczącej, psychodelicznej ścieżki. obranej wraz z wydaniem „Time to Die”. Słowo – klucz to chyba wspomniana już wcześniej regresja. Bo, chociaż tytuł mówi co innego, ten krążek składa hołd nawet nie tyle mistrzom z Birmingham, co… rzeczom nawet wcześniejszym. Sięga, gdzie wzrok nie sięga. Ja słyszę tutaj echa Blue Cheer i The Grand Funk Railroad, co oznaczać może tylko jedno: jest niezwykle surowo i ascetycznie. W tym właśnie miejscu napotykamy na schody.

Aby bowiem utwory obdarte z wszelkich efektów i dźwiękowych ozdobników miały szansę się obronić, muszą być – co tu dużo mówić – świetnie skomponowane. Tych, którzy narzekają, że nowa płyta jest zwyczajnie nudna, chciałbym zapytać: a w którym to czasie Oborn świecił blaskiem muzycznego wirtuoza? Pewne rozwiązania, owszem, mogły za pierwszym czy drugim razem robić wrażenie, ale poznając dyskografię Brytyjczyków coraz dogłębniej, nie sposób wygonić z głowy myśli, że to wszystko już przecież było. Żadne to odkrycie, po prostu… trudno po Electric Wizard oczekiwać dzisiaj czegoś innego, niż zjadania własnego ogona w dobrym stylu. I właśnie o styl tutaj chodzi. W moim postrzeganiu owo zjadanie wypada niezwykle szykownie, bo przeniesione jest w inne środowisko. Jest element zaskoczenia, jest surowość i asceza. Brak za to tego słodkiego ciężaru, który zapraszał wręcz, by w niego opaść, a proste piosenki z „Witchcult Today” wynosił do rangi przebojów. Też żałuję i też będę tęsknił, ale, szczerze mówiąc, cieszę się, że grupa spróbowała czegoś zupełnie nowego – nawet, jeżeli rzecz dotyczy wyłącznie kwestii brzmieniowych.Band

Brzmieniowych – bo ośmielę się stwierdzić, że same kompozycje są typowo wizardowe. Chwilami więc uroczo przynudzają, chwilami – zabijają jakimś pięknym refrenem. Jest tak, jak było zawsze, tyle, że teraz wszystko brzmi bardziej topornie – brzegi są niewyrównane i ostre. To tutaj waży się kwestia ogólnej oceny tego krążka; albo się do prymitywizmu przyzwyczaimy, albo weźmiemy za wtórność i nijakość. Nie ma nic pomiędzy. Samą pozorną nieprzystępność znajduję, natomiast, zaletą – dzięki temu „Wizard Bloody Wizard” nie jest albumem oczywistym. Można wielokrotnie odkrywać go na nowo, stanowi (nareszcie!) pewne wyzwanie.

Chociaż długimi tygodniami głowiłem się nad kwestią – wydawałoby się – fundamentalną, tzn. „dobra to płyta, czy zła?”, dzisiaj skłaniałbym się ku tej pierwszej odpowiedzi. Nie jest to album roku, chociaż zadziwia spójnością. Trudno wyrywać z tego monolitycznego bloku poszczególne cegły; najlepiej celebrować całość. Całość, której zwieńczeniem piękny odjazd w postaci „Mourning Of The Magicians”. Jest taki, jaka jest cała płyta – po drodze naderwiemy mięśnie karku, gnące się pod niewysłowionym ciężarem, zapadniemy w pojebany sen na jawie, a później ockniemy się, myśląc, że wspaniała to była podróż. Pięknie zjadacie ten swój ogon, panowie i panie.

Adam Gościniak

Cztery