ELDER – Reflections Of A Floating World (Armageddon Label)

Po wydaniu kapitalnego „Lore” zdawało się, że Elder ustawił sobie poprzeczkę na poziomie nie do przeskoczenia. Album genialny, kompletny, całkowicie odmienny od tego, co proponują inne stonerowe załogi. Zresztą, umówmy się – zamykanie Elder w tej szufladce jest dla nich strasznie krzywdzące; oni już dawno ją opuścili (wraz z wydaniem „Dead Roots Stirring”) i raczej nieprędko do niej wrócą. Teraz eksplorują terytoria nie mniej wyeksploatowane, lecz robią to z takim wdziękiem, że na wszelkie cytaty, zamierzone i nie, można przymknąć oko.

Elder zaczynał jako grupa grająca typowego stoner/doom rocka. Wystarczy posłuchać ich splitu z Queen Elephantine, czy wydanej w 2008 debiutanckiej płyty, by przekonać się jak wielki postęp zrobili od tego czasu. Wspomniane dwa albumy były nieco kwadratowe i siermiężne, a krzyczany wokal DiSalvo jeszcze ową siermiężność pogłębiał. Słuchając dziś tych płyt trudno nie uśmiechnąć się pod nosem, chociaż brzmiały jak 3/4 pojawiających się na około-stonerowej scenie nagrań. Co stało się później? Kiedy 1,5 roku temu rozmawiałem z frontmanem grupy, Nickiem DiSalvo, tłumaczył tę metamorfozę tak:

Największą zmianą, jaka dokonała się we mnie, jako gitarzyście, była obsesja na punkcie melodii, za którą obwiniam, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, Colour Haze. Natknąłem się na ten zespół chyba w 2007r. i zostałem zmieciony z powierzchni ziemi. Unikalny styl gry Sefana Kogleka zmienił moje postrzeganie tego, jak może brzmieć „ciężka” muzyka. Nasz pierwszy album został przyjęty bardzo ciepło, z czego byliśmy zadowoleni, jednak ciągle porównywano nas do Sleep czy Electric Wizard. Nie sądzę, abyśmy brzmieli podobnie, ale chcieliśmy wtedy zrobić coś bardziej oryginalnego.

Dzięki wydanemu w 2011r. „Dead Roots Stirring” o Elder zrobiło się głośno, a album „Lore” z 2015r. sprawił, że zespół z Massachusetts zaczął być ustawiany w jednym rzędzie z legendarną niemiecką kapelą, którą tak się inspirował.Elder

„Reflections Of A Floating World” to kolejny krok w przód, choć nie tak duży jak poprzednie. W porównaniu do „Lore” więcej tu ciężaru, ale – na szczęście – udało się zachować najbardziej charakterystyczne elementy muzyki Elder: niebanalne, acz chwytliwe melodie oraz przestrzeń. Sporo tu intensywnych momentów, ale dzięki mądrze powplatanym zwolnieniom, dzięki tym bardziej lirycznym momentom nie mamy przesytu. Przestrzeń jest więc nie tylko w brzmieniu, ale też w samej strukturze kompozycji, które rozwijają się niczym leniwe jamy, jednak są wyjątkowo spójne. Mają początek, rozwinięcie i zakończenie – jakby każdym z tych utworów panowie chcieli opowiedzieć jakąś historię. I to właśnie sprawia, że płyty słucha się tak dobrze. DiSalvo i spółka są świadomi tego, co grają, wiedzą, w jaki sposób budować i stopniować napięcie, wiedzą, kiedy zmienić nastrój i wreszcie wiedzą, kiedy… przestać. Szczęśliwie, panowie nie dali się skusić zapewne majaczącej gdzieś na horyzoncie, jakże wygodnej perspektywie wydłużania co ładniejszych fragmentów na siłę, dzięki czemu muzyka ma dynamikę i można jej słuchać także w niezmienionym stanie świadomości. Płyta jest bardzo „elderowa” i od pierwszych dźwięków „Sanctuary” rozpoznajemy ten charakterystyczny styl, aczkolwiek znalazło się też miejsce dla kompozycji co najmniej niecodziennej – mam na myśli krautowe „Sonntag”. Ok, mając na względzie, że DiSalvo fascynuje się Niemcami i niemiecką muzyką, można było taki ruch przewidzieć, ale że jeszcze uda im się to zrobić tak dobrze? „Niedziela” to instrumentalny, transowy utwór z natarczywym rytmem, w którym gitary grają to, co Josh Homme nazywa „tańcem robotów”, który to jest charakterystyczną cechą muzyki Can. To dokładnie te wibracje, choć wraz z rozwinięciem, kompozycja staje się coraz bardziej kalifornijska, kolorowa i żywa.

To teraz czas na werdykt: moim zdaniem „Reflections Of A Floating World” to płyta lepsza niż „Lore” (przy całym moim uwielbieniu dla tego krążka). Muzykom udało się sprostać oczekiwaniom, wydali album, którym nawiązują do „Lore” (w utworze „The Falling Veil” znalazłem nawet fragment baaardzo podobny do dźwięków rozpoczynających „Compendium”), ale jednocześnie idą w zupełnie nowym kierunku. Jest ciężej, są kolejne eksperymenty, lepsze riffy, a kompozycje zdają się być bardziej przemyślane. Aż boję się pomyśleć, co odwalą na następnej płycie!

Paweł Drabarek

Pięć i pół