ELBOW – The Take Off and Landing of Everything (Fiction/Universal)

Zmiany w mózgu kierują mnie w coraz spokojniejsze rejony, gdzie wyławiam muzykę co najmniej dobrą a czasami nawet bardzo dobrą. Tym razem zawiało mnie znowu na wyspy, gdzie przyglądałem się kwartetowi Elbow, świętującemu właśnie wydanie swojej szóstej już w dorobku płyty. Efekty tego przyglądania się, a w zasadzie – słuchania, w postaci kilku uwag znajdziecie poniżej.

Słowem, które określa brytoli najlepiej, jest zwrot „niespieszny”. W zasadzie wszystko, co robią nosi znamiona spokoju, leniwego oczekiwania na to co się wydarzy. Od początku zespół gra w niezmienionym składzie, zaś Garvey i Potter spotkali się już w 1990 roku i zaliczyli kilka składów, by w 97 spłodzić wreszcie Elbow. Na pierwszy album czekali do 2001 roku.

Jeśli ktoś szuka gwałtownych, nerwowych dźwięków, srodze się zawiedzie. Elbow preferuje rejony chillout’owego, alternatywnego rocka, gdzie zgrabnie wyciąga chwytliwe, przestrzenne brzmienia, operując prostymi, nienachalnymi aranżacjami. Określenie „rock brytyjski” pasuje tu idealnie, bo zespół w zasadzie czerpie z wielu odłamów wyspiarskiego rzępolenia, nie zasklepiając się w jednej formule. Piosenki jakie znalazły się na szóstym krążku grupy, opierają się na gitarowym fundamencie, jednak zespół bardzo oszczędnie stosuje wszelkiego typu przestery i efekty, wydobywając w pierwszej kolejności naturalne, czyste brzmienia. Muzyka przelewa się przez głośniki spokojnie, majestatycznie wręcz, tworząc zwiewną, lekko psychodeliczną firanę, za którą dostajemy się bez specjalnego wysiłku. Nowa płyta to przede wszystkim dominacja klasycznych rozwiązań, tradycyjnego pojmowania rockowej kompozycji. Dużo tu pełnych rozmachu pasaży, wspomaganych fortepianem i smyczkami. Do bardzo smakowitego minimum ograniczono rolę sekcji, która wspomaga muzykę, ale w żadnym stopniu nie wysuwa się do przodu, nie ciągnie aranżacji, raczej stoi skromnie z tyłu, nadając jej odpowiedni puls i pewne ramy, w których osadzone są piosenki. Pierwszy plan to oczywiście partie wokalne, bardzo chłodne, chciałby się rzec – manieryczne, ale decydujące o charakterze muzyki. Pozornie niedbałe wykonanie kryje w sobie całą masę bluesowo – gospelowego niemal natchnienia, schowanego pod płaszczykiem rockowej blazy. Głównym atutem tej płyty – poza oszczędnymi i wysmakowanymi kompozycjami w rodzaju „Colour Fields” – jest paleta brzmień instrumentów, składająca się z pozornie błahych detali, które w efekcie decydują o klimacie całości. Współbrzmienia akustycznych gitar, świetnie rezonujący kontrabas („The Blanket of Night”), muskany pozornie od niechcenia werbel, niekiedy wysuwający się do przodu, za sprawą pojedynczych uderzeń decydujący o barwie utworu („New York Morning”), czy trąbka (np. „My Sad Captains”, kierujący oczy w stronę British Sea Power, podobne odczucia mam też w przypadku utworu tytułowego…). Im dłużej słuchamy tego krążka, tym więcej ciekawych aranżacyjnych niuansów przed nami odkrywa. Pozornie wycofany, ma bardzo dużo do zaoferowania, choć nie jest to muzyka na jedno zdawkowe posiedzenie.Elbow band

Po raz kolejny okazuje się, że brytyjski spleen kryje w sobie całą paletę barw i emocji, tym razem niekoniecznie spowinowaconych z divisionowatym zimnem, choć jak ktoś będzie chciał, to echa brzmień chociażby ekipy Matta Berningera gdzieniegdzie usłyszy. Solidny, bardzo głęboki, choć także bardzo „zwyczajny”, rockowy album niebanalnego zespołu.

Arek Lerch

Pięć