ELBOW – Giants of All Sizes  (Polydor)

Są zespoły i zespoliki. Jest popularność i jest stabilność. Stabilność to słowo klucz do twórczości Elbow, którego płytę recenzuję w ramach styczniowych pospiesznych remanentów. Szkoda, by przeszła bez echa, skoro to zespół, który gdzieś tam zestraja się z niektórymi moimi nastrojami. A ta płyta jakoś dobrze wchodzi w mój poranny rytuał picia kawy i jedzenia owsianki.

Jestem w naszym kraju chyba jednym z nielicznych miłośników zamulonych angoli z Elbow. I choć przy każdej płycie zadaję sobie pytanie, dlaczego, to nadal cieszę się, kiedy na horyzoncie pojawia się ich krążek. Tym bardziej cieszę się, że po albumie „Little Fictions”, który jednak przekroczył cienką granicę pomiędzy melancholią a nudą, zespół znowu jest w formie. A forma w przypadku ekipy Guya Garveya oznacza ni mniej ni więcej wynoszenie do rangi sztuki zamulenia i wspomnianej melancholii. W zasadzie nie dziwię się, że Elbow stał się synonimem katorżniczego wręcz nudziarstwa, bo faktycznie jest to muzyka na konkretny ból w du…szy, i kiedy uda się te klimaty na siebie nałożyć, zespół staje się faktycznie przyjemnym, kojącym smutki balsamem. A może potęgującym smutki? Sam szef opisuje swoje zawodzenia jako „smarkanie faceta, który spokój odnalazł w rodzinie”. Czyli nuda do kwadratu. Może nuda prawdziwa, ale kto by tam zastanawiał się czy to jakaś bajeczka dla mediów, czy rzeczywistość. Grunt, że wynurzeniom towarzyszą fajne dźwięki.Elbow

Być może nie jest to tak dobry album jak mój ulubiony „The Take Off and Landing Everything” z 2014r., ale spełnia swoją rolę. Czyli uspokaja. Indie rockowa formuła w klimacie mglistych wysp nabiera tu odpowiednich rumieńców, wyczucie i smakowite brzmienia instrumentów powodują, że taki Placebo to przy Elbow jedynie chuligan. „Giants of All Sizes” to płyta, która zasługuje na określenie „piękna”. Wszystko jest tu bezkonfliktowe, przyjemne i aksamitnie pulsujące. A jednocześnie, w przeciwieństwie do największych indie graczy na rynku, cały czas mam wrażenie, że Elbow nie przekracza granicy obciachu, poprzez doprowadzanie takiej muzyki do przesady. Oczywiście, nie ma mowy o przebojach i dynamicznych instrumentacjach, ale ta wspomniana już nostalgia na tej właśnie płycie zyskuje legitymację i staje się formą artystyczną samą w sobie. Nie ma pośpiechu, jest relaks, który bardzo szybko udziela się słuchającemu. A jednocześnie nie zajmuje miejsca w komnatach pamięci bo szybko ucieka, kiedy tylko wyłączymy płytę. A to już duża zaleta (choć dla niektórych może to być wada) w tych nerwowych czasach. Jeśli lubicie smutny, nostalgiczny indie z wysp, nie przegapcie tego krążka.

Arek Lerch

Zdjęcie: Peter Neil

Cztery