EERIE – Into Everlasting Death (Arachnophobia)

Nieubłaganie zbliża się koniec. Roku. Niby nic nadzwyczajnego, jednak zapewne nie tylko dla mnie ten miniony był szczególnie urodzajny w doskonałe krążki, które wykwitały jeden za drugim jak psie kupy na wiosnę spod śniegu. Chwilami miałam wrażenie, że wydawcy i artyści w kolaboracji zawarli jakiś pakt mający na celu wszelkich maniaków ciężkiego łojenia doprowadzić do skrajnej biedy, sypiąc świetnymi wydawnictwami na prawo i lewo. Podtrzymując, że takowy istnieje, muszę stwierdzić, że Wszechpotężna wtrąciła doń swoje trzy grosze. Ba! Nawet trzy złote (albumy – zakładając że „złote” znaczy tyle co wspaniałe, bo statusu złotych płyt się, niestety, nie dorobiły, albo stety, wszak komercyjnym wyróżnieniom mówimy stanowcze nie). W chwili, kiedy myślałam, że „debiut roku” mam już zaklepany (nomen omen, także wydany przez Arachnophobię – odrażająco dobry) i że wszystkie najlepsze płyty zostały już wydane, ta wypluła ze swojej sieci twór, który dość konkretnie namieszał i bezsprzecznie jeszcze bardziej namiesza, nie tylko w mojej głowie, nie tylko w naszej przepięknej Polszy, ale śmiem twierdzić, że w całej, blackmetalowej sztuce, której jak wiadomo, granice terytorialne nie dotyczą. O czym mowa? Za pewne każdy, kto śledzi naszą scenę już doskonale wie. Oczywiście proszę Państwa – Eerie i ich wędrówka w niekończącą się śmierć! Kto odważny, niechaj idzie…

Mielę ten debiut Eerie już od dwóch miesięcy, plącząc się po tych postapokaliptycznych zgliszczach, które pozostawia w mojej psychice każdorazowy odsłuch wspomnianej płyty. Tak mielę i mielę. W kółko. Od początku do końca, od końca do początku. Kawałki, jak ten Uroboros, tworzą nieprzerwany krąg i jak ten wąż zapętlają się obślizgłym, czarnym, smolistym, surowym ale nie pozbawionym melodii i chwytliwości łomotem odwiecznego koła zniszczenia, dudniąc nielitościwie pod kopułą czaszki. Próbuję zebrać myśli, bo zadano mi niedawno pytanie: jaka jest ta płyta? Mój zmasakrowany dźwiękiem mózg automatycznie począł wyszukiwać stosownych określeń. No bo jaka właściwie jest ta płyta, prócz oczywistego stwierdzenia, że cholernie dobra? I w pierwszej kolejności wypadałoby stwierdzić – esencjonalna. Tak, lubelsko-krakowski twór przecedził swoje blackmetalowe inspiracje (a da się wyczuć, że byle czego nie słuchają), ażeby wyłowić z nich esencję, klarowny, czarny fundament swoich dźwięków. Na tymże fundamencie osadzili całość swoich muzycznych wariacji, co ważne, nie przekombinowanych, nie udziwnianych na siłę, a mimo to niejednolitych i różnorodnych.

„Into Everlasting Death” to zaledwie cztery utwory trwające niewiele ponad pół godziny, a ileż tam się dzieje. Agresywne wokale i wściekłe riffy sieką aż miło, jednak nie brak transowych zwolnień, które wtaczają pod skórę dziwny niepokój, jakby za chwilę miał nastąpić finał apokalipsy, który ostatecznie wgniecie nas w czarną ziemię i cholernie chwytliwych melodii, zostających w pamięci już od pierwszego odsłuchu. Rozbudowane (i przemyślane) kompozycje zamknięte w dość długich utworach bynajmniej nie sprawiają wrażenia rozwlekanych na siłę dźwięków, każdy z nich jest bowiem równie nieprzewidywalny co niezbędny, a zarazem nieuchronny, jak śmierć. Niebanalne rozwiązania zarówno muzyczne jak i wokalne zaskakują i absorbują. Tak, wokale na tej płycie to absolutne mistrzostwo. Zaaranżowane w taki sposób, że wraz z dźwiękiem tworzą monolit, który toczy się z zawrotnym impetem, niszcząc na swojej drodze każdą napotkaną przeszkodę. Wiadomo, że blakmetal growlem i skrzekiem stoi, jednak nie, artysta VOWOC nie poszedł na łatwiznę, prezentując całą paletę wokalnych odcieni. Prócz tych „klasycznych”, porywają się też obłąkańcze lamenty, niepokojące szepty, wykrzykiwane w propagandowym wręcz stylu frazy, a nawet czyste partie. Przyznać się, kto z Was nie nucił pod nosem chociażby końcówki pierwszego kawałka? Bo ja profanowałam ten motyw swoją mierną interpretacją pseudowokalną nieprzerwanie przez długi czas, tak się wwiercił w śródmózgowie.

Warstwa tekstowa jest równie spójna jak muzyka, tworząc wraz z nią ciężki, duszny, mroczny, przerażający, klaustrofobiczny, a mimo to, paradoksalnie, niezwykle przestrzenny klimat globalnego zniszczenia. Roztacza ponurą wizję nieuchronnego końca, który oczyści śmietnisko jakim stał się świat, dając początek nowemu. Ale bez obaw, nie będzie pięknie i radośnie, ten także zmierza ku nieuchronnej zagładzie. I tak bez końca – odwieczna śmierć, kres, zniszczenie absolutne. Czuć swąd spalonej ziemi, a płuca wypełnia gęsty pył wszechobecnych zgliszczy. Żyjemy w świecie, który jest kuźnią, gdzie czas jest kowalem, słowa straciły znaczenie, a życie sens… Taką filozofię głosi jeden z wersów. Trudno temu zaprzeczyć, jednak, na szczęście, znaczenia i sensu nie straciła muzyka jaką nam wyłuskali kolaboranci z Eerie. Osadzona gdzieś poza granicami egzystencji, obleczona izolacją, ponurą wizją apokalipsy nie tylko globalnego śmietniska, ale i jednostki, bezlitośnie wali po mordzie. A ja z niekłamaną przyjemnością, nadstawiam drugi policzek.

Debiut Eerie nie jest ultra-oryginalny, nie jest kolejnym, dziwnym tworem, w którym słuchacz gubi wątki i ucieka w rejony odległe od gatunkowych korzeni tak daleko, że ciężko odnaleźć drogę powrotną. Debiut Eerie to ponad pół godzinna dawka siarczystego wpierdolu. Siarczystego, ale nie pozbawionego nerwowego „flow”, urozmaiconego delikatną, niepokojącą, transową psychodelią. Krążek niezwykle dopracowany, spójny, raz jeszcze powtórzę – esencjonalny. Tym bardziej zaskakujący, że od początków, kiedy to przybrał bardziej konkretną formę w głowie artysty Ancestora, minął zaledwie rok. Da się? Da się. Stworzyć płytę, która zmasakruje i pochłonie niczym czarna dziura.

Wywód ten, jako, że Eerie obróciło moją psychikę w proch, zakończę zwrotem, którym artyści zwieńczyli omawiane dzieło: „ASHES TO ASHES. So it is done.” Bo tak to się właśnie robi, drogie dzieci…

Justyna Bochenek

Pięć