EDITORS – Violence (PIAS)

Wreszcie dobry tytuł płyty, chciałoby się uśmiechnąć. Czy odzwierciedla on jednak muzykę? Chyba  nie do końca, choć jeśli przyjąć, że chodzi o przemoc stylistyczną, po raz kolejny zakręcającego zespołu, może jest to dobry trop. Editors w dalszym ciągu ewoluuje i po dłuższej chwili z płytą stwierdzam, że choć rewolucji nie ma, album dostarcza solidnej i podszytej depresją pop rozrywki na poziomie. I o to jak zwykle chodzi.

Powiedzmy to sobie szczerze – brytyjska ekipa czas eksperymentu zostawiła gdzieś na poziomie płyty „In This Light and On This Evening“, w następnych latach zadowalając się modyfikacją wypracowanego stylu (np. na „The Weight of Love”), umacnianiem flirtu z elektroniką i kapryśnym przekładaniem ściśle określonego zestawu klocków. Zatem, w pewnym sensie spodziewałem się, że po synthpopowym „In Dream“ znowu zechcą poszukać inspiracji w brzmieniach gitarowych. Krok w tył? Raczej w bok i to jest tu najfajniejsze. Pierwsza uwaga – poza znakomitą, niepokojącą okładką nie ma tu niczego oryginalnego, choć pojawiające się tu i ówdzie porównania do industrialu czy Depeche Mode są zdecydowanie nietrafione. Nawet echa ponurych divisionizmów są delikatne, schowane pod dystyngowaną zabawą. Editors wiedzą dokładnie co chcą osiągnąć i jakie mają atuty. Czyli przede wszystkim głęboki głos wokalisty, nośne tematy i zapadające w pamięć, choć mało nachalne melodie, podszyte odpowiednim smutkiem, oraz zdolność do bardzo smakowitego wykorzystania elektronicznych zabawek. Editors_credits_Rahi Rezvani - Kopia

Co jest zatem największym atutem „Violence”? Zapewne będzie to klimat, jaki unosi się nad tymi nagraniami. Detale takie jak np. sposób wkomponowania w elektroniczne ramy gitarowego zgiełku – jestem niezwykle ciekawy jak na żywo wypadnie taki „Hallelujah (So low)”, gdzie ten instrument brzmi wręcz monstrualnie. Kontrapunktem jest w tym przypadku wyraźny ukłon w stronę tanecznej rytmiki, co dodaje płycie polotu a jednocześnie ułatwia odbiór muzyki, tym bardziej, że nie ma tu, poza małymi wyjątkami (np. „Darkness at the Door”) ewidentnych przebojów, jest raczej zabawa z brzmieniami, bardzo fajne i ciekawe wykorzystanie syntezatorów/samplerów i próba odpowiedniego zróżnicowania materiału. Choć ten ostatni element jest w moim odczuciu jednak pewną przeszkodą; może dlatego wyżej będę stawiał poprzedni, jednorodny krążek „In Dream”. Co nie zmienia faktu, że dźwięki proponowane prez Editors są dla mnie świetnym i przyjaznym dla ucha balsamem, rozrywką na wysokim poziomie, pop rockowym albumem z lekkim posmakiem alternatywy. Na tyle to wszystko wyważone, że można delektować się muzyką bez poczucia obciachu. A że to wszystko już było? Editors mają mnie rozerwać i obok White Lies czy The National są nadal na szczycie mojej samochodowej top listy, choć uczciwie przyznaję, że cały czas czekam na moment, kiedy postanowią wyrwać się ze swojej wygodnej niszy.

Arek Lerch

Pięć