ECSTATIC VISION – Raw Rock Fury (Relapse)

Rzadko mam do czynienia z krążkami, do których w sumie ciężko się przypierdolić, ale też i chwalić nie ma za co. Z reguły już pierwszy kontakt z płytą daje pewien obraz i pozwala na wstępną ocenę, która przy kolejnych przesłuchaniach albo zostaje potwierdzona, albo ulega weryfikacji. „Raw Rock Fury” Ecstatic Vision przesłuchałem już wiele, wiele razy i wciąż nie za bardzo wiem, jak ten album ugryźć. Wynik bylejakości i przeciętności? Może, ale chyba w jeszcze większym stopniu przyczyną jest zupełny brak ciśnienia, na jaki pozwoliło sobie tych czterech kolesi.

Luz ewidentnie jest dla „Raw Rock Fury” wartością dodaną – żeby nie powiedzieć, że tak naprawdę jedyną. Trzeba przyznać, że album płynie niezwykle swobodnie i naturalnie, nie grzęźnie na mieliznach ani nie gubi się na bezdrożach niepotrzebnych improwizacji. Jest wręcz przeciwnie – Ecstatic Vision nagrali album stosunkowo krótki (nieco ponad 36 minut), skondensowany, oparty raczej na prostych środkach. Bardzo dużym niedopowiedzeniem jest stwierdzenie, że nad całością unosi się duch Hawkwind; „Raw Rock Fury” to niemal pomnik wystawiony zespołowi Dave’a Brocka, obraz stworzony na jego podobieństwo. Spoko, można to powiedzieć z grubsza o większości zespołów orbitujących wokół space rocka, ale Ecstatic Vision postawili sobie chyba za główny cel, by brzmieć właśnie jak Hawkwind. Dosłownych cytatów jest tutaj sporo, na całe szczęście chłopaki wykazują też ciągoty w stronę Kyuss, dzięki czemu ich propozycja staje się duszna, nieco cięższa i momentami bardziej niż odjazd po kwasie przypomina fatamorganę. Na czoło wysuwa się najbardziej żwawy „You Got It (Or You Don’t)”, oparty na bardzo chwytliwym, motorycznym riffie. Ciekawie robi się także w „Keep It Loose”, gdzie space rock ustępuje miejsca brudnemu, syfiastemu bluesowi, opartemu w równym stopniu na partiach gitary, co na grze harmonijki ustnej. Oprócz tego Ecstatic Vision przeskakują raczej między solidniejszym riffowaniem, partiami na Hammondach a kwaśnymi, psychodelicznymi plamami, uparcie brnąc w babranie się we wszystkich cnotach i grzechach space rocka.Band

Sądzę jednak, że specjalne kruszenie kopii o „Raw Rock Fury” nie ma sensu. Czy to album, o którym ktokolwiek za rok będzie pamiętać? Nie wiem, może jego twórcy – zależy od tego, jak bardzo dużo substancji psychoaktywnych (bo co do tego, że dużo, nie mam wątpliwości) przewinęło się przez studio w trakcie pracy nad krążkiem. Z drugiej strony, czy słuchanie drugiej płyty w karierze Ecstatic Vision było dla mnie jakąś karą? Wręcz przeciwnie, przy „You Got It (Or You Don’t)” trudno mi usiedzieć w miejscu.

 To o co mi w takim razie chodzi? Chodzi mi o to, że włączam sobie takie „Space Ritual” i mam niemal to samo, tylko że lepiej. A skoro można lepiej, to po co sobie zawracać głowę „Raw Rock Fury”?

Michał Fryga

Trzy