EABS – Repetitions – Live at Jazz Club Hipnoza (Astigmatic)

Twórczość Komedy wiecznie żywa – całkowity truizm, który ziszcza się za sprawą młodych, choć doświadczonych muzyków z EABS. Po świetnym i entuzjastycznie przyjętym krążku „Repetitions – Letters to Krzysztof Komeda”, formacja idzie za ciosem, prezentując wersje live swoich studyjnych dokonań. Udowadniając tym po raz kolejny, że na miano objawienia zasługują w 100%.

Jeśli ktoś chciałby rozpocząć przygodę z polskim jazzem, powinien zdecydowanie sięgnąć po niniejszą koncertówkę, bo dziewięcioosobowa (na tym koncercie) trupa pokazuje, jak można z w sumie trudnych składników przyrządzić danie, które spodoba się zarówno ortodoksom, jak i bardziej otwartym, młodszym jednostkom, a także tzw. jazzowym neofitom. To co na płycie było jedynie zaznaczone, a w rzeczywistości spętane jednak lekko wymaganiami studyjnymi, na koncercie eksploduje i rozbraja każdego. Dawno nie słyszałem składu, który tak dobrze bawiłby się swoją (no ok, może nie do końca swoją…) muzyką. Można by rzec, że to prościutkie piosenki a nie wyrafinowane, jazzowe i improwizowane formy. Każdy z muzyków gra z niesamowitym bujnięciem, a nade wszystko – wszyscy się tu wzajemnie SŁUCHAJĄ i reagują na to gdzie wędrują pozostali koledzy. Dzięki temu nawet dobrze znane tematy na żywo zaczynają puchnąć i uciekać w nieznane. Podoba mi się, z jaką arogancją zespół podchodzi do klasycznych tematów, jak żongluje dźwiękami, tworząc zupełnie nową jakość, która – no właśnie – może kupić zarówno tych co w garniturach łażą na ekskluzywne koncerty jak i tych, co z petami w ustach siedzą w małych, zadymionych klubach poszukując nowości. Czy nowością jest psychodeliczny vib unoszący się nad niektórymi wariacjami? Albo niemal rockowe uderzenie?koncert

Oczywiście, muzyka Komedy to w sumie wdzięczny temat i jeśli nawet muzycy EABS mieli do opracowania dobry materiał, z którym odjechali w rejony niedostępne dla muzyków, co w latach 60. razem z Komedą tworzyli podwaliny polskiego jazzu, to i tak mam wrażenie, że w autorskim programie nie będą gorsi, ba, może być równie ciekawie. Co zresztą pokazuje autorski numer „Kraksa”, przez dziesięć minut przelatujący od klasycznego swingu, przez psycho-eksperymenty po soulowy finał. Dobrze dzieje się w tej orkiestrze, obyśmy za długo nie musieli czekać na nową płytę. A tymczasem, póki jest możliwość, walcie na koncerty EABS, bo to rewelacyjne przeżycie.

O taki jazz walczylim, chciałoby się krzyknąć…

Arek Lerch

Zdjęcie:  Ola Bodnaruś