DUNSMUIR – Dunsmuir (Hall of Records)

Neil Fallon, Dave Bone, Brad Davis i Vinny Appice. Fu Manchu, Clutch i Black Sabbath w jednym – i dokładnie tak brzmi muzyka Dunsmuir. Pustynia? Jest. Rock’n’roll? Również. Heavy metal? Oczywiście. Mix już nieco oklepany, ale dla poszukiwaczy niezobowiązującego, przyjemnie bujającego grania jak znalazł. Poniżej zapis rozmowy dwóch takich poszukiwaczy, i fanów Neila Fallona przy okazji.

Paweł: Lubisz heavy metal?

Adam: Cóż, bardzo ciężkie pytanie zadałeś na samym początku… Powiedzmy, że umiarkowanie lubię. Szczególnie zespoły, które stawiają w swojej muzyce na melodie i dobre piosenki, a nie na techniczną, bezsensowną młóckę. Rozumiem, że nawiązujesz teraz do faktu, iż we wszelkich opisach tego albumu termin „heavy metal” się pojawia, i to niejednokrotnie na pierwszym miejscu? Ja osobiście nie słyszę go tu aż tak wiele.

Paweł: Ja właśnie słyszę, szczególnie gitara jest heavy metalowa. Jasne, nie jest to taki czysty heavy, bo sporo tu stonerowych i doomowych inklinacji, ale np. unisono w intro do „What Manner Of Bliss?”, albo riffy w „Deceiver” kojarza się dosyć jednoznacznie. Mocno mi tu zalatuje NWOBHM. A, no i „Church Of The Tooth” to czyste Black Sabbath jest.

Adam: Owszem, „Deceiver” to bardzo fajny, klasycznie heavymetalowy numer. Wspomniałeś Black Sabbath – wymienione już przez Ciebie „What Manner Of Bliss?” i „Church Of The Tooth” to po prostu swoisty, niczym niezaowalowany hołd dla zespołu z Birmingham. I o ile pierwszego z tych utworów słucham z nieukrywaną przyjemnością, bo po prostu fajnie buja i jest ożywczą odmianą od zdecydowanie bardziej dynamicznej reszty albumu, to już „Church Of The Tooth” porządnie mnie wynudził. Próbowałem się do niego przekonać kilka razy, ale na nic moje starania. A jeszcze z cyklu „co mi to przypomina”: ja przede wszystkim słyszę tu Clutch. Tak mogłaby z grubsza brzmieć ich nowa płyta. Nie tylko z powodu obecności na „Dunsmuir” wszechmocnego Neila Fallona i jego brody.

Paweł: Zgoda, sporo tu rock’n’rollowej werwy Clutch, szczególnie w otwieraczu czy „The Gate”, ale – cholera – ta płyta byłaby jednak na Clutch zwyczajnie za słaba. Ich dwa ostatnie krążki to mistrzostwo, nie ma co zbierać, a tutaj staniki nie latają. Przyjemne granie, tyle.logo

Adam: Masz sporo racji. To raczej nie jest płyta roku. Natomiast słucha się tego materiału bardzo dobrze, można powiedzieć, że wchodzi bez popity i niektóre numery zostają w głowie. Oczywiście, znalazłoby się też kilka utworów, bez obecności których ten album wiele by nie stracił. Cóż, panowie skrzyknęli się, bo chcieli pograć coś w stylu pierwszych płyt Judas Priest czy Iron Maiden, no i… grają. Nawiasem mówiąc, czytałem gdzieś, że grali ze sobą „na żywo” zaledwie 4 dni, całość dalszego procesu twórczego odbywała się na odległość. Nie brzmi to zbyt zachęcająco, na szczęście jakiegoś braku duszy tu nie słychać. Niepokoiło mnie też nieco widniejące w składzie kapeli nazwisko Vinny’ego Appice’a, którego – słusznie czy nie – zawsze widziałem jako gościa, który pograł trochę z Sabbathami, trochę więcej z Dio i teraz bez opamiętania odcina od tego kupony, z godną podziwu determinacją powołując do życia kolejne hardrockowe zespoły, z których jeden jest bardziej przeciętny od drugiego. Mimo tych nieciekawych przesłanek, album okazał się w porządku. Przyjemny. Ładnie to określiłeś.

Paweł: Appice jedzie teraz głównie na nazwisku, to na pewno. Ja nie ukrywam, że pewnie gdyby nie brodaty Neil nigdy bym po ten krążek nie sięgnął. Lubię gościa, co tu dużo mówić. I jego głos tu pasuje, odbiera tej muzie patosu, a dodaje rock’n’rollowej werwy. Wspomniałeś o pierwszych płytach Iron Maiden i Judas Priest – o to właśnie mi chodziło, kiedy mówiłem o heavy metalu, o te rejony. Ja jestem wielkim fanem płyt Żelaznej Dziewicy z Di’Anno i uważam, że „Deceiver” spokojnie na którejś z nich mógłby się znaleźć. W prostocie siła. Świetny numer. Na drugim biegunie leży „Orb Of Empire”, który podoba mi się najmniej. Jakie numery byś z tej płyty wywalił?

Adam: A kto by Neila nie lubił! Rzeczywiście, jego wokalizy to jeden z największych plusów tej płyty. No i to głównie jego nazwisko przyciąga – o Appice już mówiliśmy, a, patrząc czysto marketingowo, tekst „basista Fu Manchu i gitarzysta The Company Band” na kolana raczej nie powala. Jak na tak zwaną supergrupę to skład dość ubogi w gwiazdy. Co do utworów, które najmniej mi się podobają, to zdecydowanie ten nieszczęsny „Church Of The Tooth” i… chyba „Orb Of Empire”, który jest troszkę nijaki. Reszta trzyma dość równy poziom. Choć faworyci też by się znaleźli, chociażby ten „Deceiver”.

Paweł: Fakt. W porównaniu do tria Homme, Grohl, John Paul Jones ten skład wygląda blado. Oni zbyt wielkiego szumu wokół siebie nie robili, ja zresztą usłyszałem o tej płycie zupełnie przypadkiem, przeglądając jakiś undergroundowy blog o stonerze. Nie pchali się do żadnej wielkiej wytwórni, chociaż zdecydowana większość przyjęłaby taki skład z pocałowaniem ręki. Ale dobrze, że jest jak jest. Widać i słychać, że mają z tego fun. Pytanie, co dalej? Czy będą to dalej ciągnąć? Ja mam wrażenie, że to jednorazowy wyskok.band

Adam: A ja sądzę wręcz przeciwnie. Widziałem zresztą wypowiedź Fallona, w której to zapowiadał kontynuowanie działalności Dunsmuir, jako że granie razem właśnie takiej muzyki sprawia im frajdę. Inna sprawa, że jeśli wciąż będą działać na odległość, to za bardzo tego nie widzę. Poza tym, średnio sobie wyobrażam tę płytę. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że ten debiutancki krążek wyczerpał pewną formułę. Choć trwa nieco ponad pół godziny i daleko mu do ideału, to myślę, że ewentualny następca lepszy by nie był. I niekoniecznie rwałbym się do jego słuchania.

Paweł: Ja odnoszę podobne wrażenie, dlatego mówiłem o tym jednorazowym wyskoku. No bo w jakim kierunku pójdą? Nagrają kolejną płytę z identyczną niemal muzyką? To byłoby bezsensu. Ja bym ich widział w nieco bardziej „pustynnych” klimatach – w końcu mają w składzie basistę Fu Manchu. Tylko tutaj pojawia się problem. Wydaje mi się, że aby zespół mógł naturalnie ewoluować, potrzebne są próby, koncerty i spotkania. Że ta ewolucja musi rodzić się podczas długich jamów. Skoro mówisz, że oni komponują na odległość to może być z tym kłopot.

Adam: Tym bardziej dziwić mogą słowa o radości z grania – nie wiem, kto czułby się szczęśliwy, grając próby z zespołem przez skype. Może to jakieś amerykańskie zboczenie. Prób nie ma, jamów nie ma, koncertów też zapewne nie będzie, jako że każdy z muzyków ma obowiązki w swoim macierzystym zespole. Myślę jednak, że o przyszłość powinni martwić się sami zainteresowani. Nam pozostaje płyta, która przynosi solidną porcję heavy metalu z rock’n’rollową duszą. Spodziewałem się albo kompletnego zawodu, albo niesamowitej muzyki. Wyszło gdzieś pomiędzy.

O wyższości brody nad wąsem rozprawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek.