DROWN MY DAY – Confessions (Noizgate Records)

Gdyby lokalni politykierzy mieli w sobie tyle samozaparcia, woli walki i chęci do działania co death metalowe zespoły, bylibyśmy drugą Japonią a nawet trzecią Australią. Niestety, sfera polityczna działa po swojemu, czyli mamy III RP a w niej, obok codziennych absurdów, całą masę zespołów, które, choć sukcesu nie odniosą, to ciągle im się chce – rozwijać, nagrywać zmieniać i prowokować. W tym gronie przedstawimy dzisiaj Drown My Day, który chwilę temu opublikował wreszcie swój debiutancki długograj. Bardzo przyzwoity a nawet zaskakujący. Dlaczego? O tym poniżej…

Historia krakowskiego bandu zamyka się wydaniem dema, dwóch ep – ek, singla i opisywanej tu płyty. Przyznam się, że po zaskoczeniu debiutancką ep – ką „One Step Away from Silence” z 2008 roku, na której zaprezentowali deathcore po linii Job For A Cowboy (skojarzenia za sprawą okładki jak najbardziej na miejscu…), troszkę się zaplątali, czego dowodem była płytka „Forgotten”, gdzie zespół zainteresował się melodią i elektronicznymi zabawkami. Nie był to najlepszy pomysł, na szczęście, muzykanci wyciągnęli wnioski, pokornie przemyśleli całe swoje życie i efekty przedstawili na „Confessions”.

Płyta jest zwieńczeniem dość zaskakującej ewolucji. Zazwyczaj muzyka zespołów rockowych/metalowych przechodzi od form brutalniejszych do poszukiwań zdecydowanie bardziej „lajtowych”. Drown My Day postąpili odwrotnie. Zostawili za sobą melodyjne mielizny i przeszli na stronę kurewsko ciężkiego, mega brutalnego death metalu a w zasadzie deathcore’a. W dodatku bardzo technicznego. Trzeba przyznać, że huragan jaki rozpętali na debiutanckiej płycie jest iście szatański. Wprawdzie nie jest to załoga, co się rogatemu kłania, ale poruszane na płycie wątki do wesołych raczej nie należą. Oprawione w ołowiane riffy i perkusyjną ekwilibrystykę (dla pałkera wódka z lodem!), poszatkowane, wściekłe i minorowe, są też bardzo spójne i dogłębnie przemyślane. Słychać, że spędzili nad tą płytą sporo czasu. Wspomniałem, że jest to mikstura deathcore’a i death metalu. Owszem, jednak w kilku miejscach słychać, że pilnie przyglądali się także „post – meszugowatym” wynalazkom, stąd w kilku miejscach wyraźnie zahaczają w swoich poszukiwaniach o tzw. djent, sunąc szarpanymi riiffami przy samej ziemi. W połączeniu z ogólnie bardzo ruchliwymi aranżacjami daje to płytę, przy której nie można się nudzić.

Być może pewnym problemem będzie jedynie fakt, że nagrywając taki materiał, świadomie bądź nie, stawiają się pomiędzy scenami. Wywodząc się, jak by nie patrzeć, z hardcore’owego poletka, dorobili się czarnej otoczki, jednak za sprawą mimo wszystko nowoczesnego spojrzenia na sztukę hałasu, do ortodoksów nie trafią. Już prędzej wróżyłbym im karierę na weście albo jeszcze lepiej za oceanem. Idealnie sprawdziliby się w towarzystwie kolorowej, hałaśliwej gromadki z Suicide Silence, Whitechapel czy Kowbojami na czele.

Arek Lerch

Pięć