DRESSED AS HUMANS – Same Blood

Dawno nie było nic na temat indie rockowych bzdurek, prawda? Prawda to, zatem obok śląskich Badyli, parę słów na temat warszawskiego kwartetu Dressed As Humans, który całkiem niedawno, w kwietniu pochwalił się swoją debiutancką płytą. Skoro wokół Terrific Sunday jest dość cicho (a szkoda, bo „Młodość” to zdecydowanie lepszy niż debiut album…) a twory takie jak Felix The Baker zupełnie zeszły ze sceny, jest miejsce na „Same Blood”, choć trzeba przyznać, że premierę wybrali sobie cokolwiek kontrowersyjną, oczywiście, nie z własnej winy…

Parę słów na temat samego zespołu – grupa powstała niedawno, bo w 2017 roku, składa się z samych osobowości: wokalista i gitarzysta Patryk to absolwent Technologii Drewna na SGGW, basista Piotr studiował dziennikarstwo i różne stosunki, także w USA, perkusista Kacper zajmuje się finansami a gitarzysta Konrad to absolwent Wojskowej Akademii Technicznej. Zaiste, mało rockowe korzenie, choć oczywiście obowiązuje tu miłość do muzyki, np. do Red Hot Chili Peppers, jednak za cholerę nie słychać tego na debiutanckim albumie. Niestety, mam wrażenie, że materiał przechodzi troszkę nie zauważony, jednak brak recenzji jest w moim mniemaniu wynikiem faktu, że w Polsce taką, na wskroś brytyjską, ugłaskaną muzykę traktuje się raczej nieufnie. Wyspiarski indie rock nie przyjął się na naszym gruncie i nic tego nie zmieni. Co nie zmienia faktu, że „Same Blood” to doskonała, rasowa płyta, choć czerpiąc oczywiście z absolutnie niepolskich wzorców, będzie zawsze gdzieś obok, tym bardziej, że patrząc chociażby na wspomniany gdzieś wyżej Terrific Sunday, takie dźwięki najlepiej promują duże wytwórnie. Czy jest to sztuczne flancowanie takich brzmień w sercach krajowych fanów lekkiego rocka, nie mnie oceniać, ale coś w tym jest…DaH

A sama płyta? Dobrze, gładko nagrana, czysta brzmieniowo, dopracowana i przede wszystkim bardzo przebojowa. Jeśli przyjąć za wyznacznik takie twory jak Felix The Baker czy TS, dodać do tego blazę Coldplay czy elementy TSTM, mamy w jakimś sensie wzór, w/g którego upichcono „Same Blood”. Piosenkowa formuła powoduje, że muzyka jest lekkostrawna, gitary tworzą klimatyczne podkłady (klimat i pewna nostalgia są dla tej płyty kluczowe), do tego dodajemy rasowego wokalistę (jednak szkoda, że mamy tu piosenki tylko w języku angielskim…) oraz perkusistę, który wie, gdzie jego miejsce i efekt jest przewidywalny. Przestrzenny otwieracz „After” to przedsmak tego co będzie się działo: terrifikowy „Knives” z pięknym refrenem, „Concrete” z zaraźliwą progresją gitary, wybitnie brytyjski wałek (Nothing But Thieves kłania się nisko) „Apnea” to najlepsze rzeczy na płycie. Druga jej część zaczyna być lekko introwertyczna z mojego punktu widzenia, choć dynamiczny „Provoke” w liberalnym radiu mógłby coś tam zamieszać. No i tytułowy song z gitarkami, które mogą kojarzyć się nieco z U2… Cóż, ekipa Bono ma tylu zwolenników co przeciwników, ale w tym przypadku podobieństwo nie niszczy wspomnianej piosenki. Podsumowując, mamy do czynienia z doskonale skrojonym materiałem, być może zbyt często czerpiącym z rozwiązań tuzów gatunku, ale poziom wykonania dodaje zespołowi wiarygodności. Kupuję to, choć z drugiej strony będę bacznie obserwował, co będzie się działo dalej, szczególnie, kiedy wreszcie grupa będzie mogła ruszyć do klubów…

Arek Lerch 

Pięć