DREN – Time&Form (Zoharum)

Ale nuuuda… To już staje się autentycznie nużące, że jak coś z Trójmiasta, to wiadomo, że będzie dobre/bardzo dobre, niezależnie, czy mówimy o indie, impro czy elektronice. W tym przypadku mamy do czynienia z duetem tnącym komputerowymi nożyczkami elektroniczną materię na świeżo brzmiące, choć jakby znajome sample. Dren układa z nich nieliche pejzaże, które mogą stanowić fajne tło, ale także materię do wnikliwszego badania. Co kto lubi.

Debiutujący w słusznych barwach Zoharum duet (producenci Natt i Akton) zaczynał ponoć swoją przygodę z muzyką od ekstremalnych, metalowych hałasów, na szczęście, na „Time&Form” niczego takiego nie słychać, bo niestety, przynajmniej z mojego punktu widzenia, łączenie elektroniki, d&b czy techno z ostrymi gitarami nie przedstawia większych wartości, przynajmniej nikt niczego sensownego w tym temacie nie wymyślił. Dren penetruje czysto elektroniczne pejzaże, robi to zaś na tyle skutecznie, że ich debiut co najmniej potrafi zaintrygować. Punktem wyjścia była fascynacja drum&bass, potem doszły drone’y, ambienty, a słuchając płyty dodałbym jeszcze elektro industrial. I trzeba przyznać, że panowie dobrze odrobili lekcję, bo na debiucie nie słychać zawahania a raczej bardzo wiarygodny indywidualny miks, z którego wykluwa się nowe spojrzenie na muzykę taneczną.D

W zasadzie z tym tańcem to przesada, bo w większości przypadków to muzyka do medytacji niż podrygów, owszem, gdzieniegdzie delikatnie pobrzmiewa drum&bass, ale raczej jako przyprawa niż bodziec dla naszych mięśni. Całość ma specyficzny, upiorny klimat osiągnięty za sprawą mocno spowolnionych temp, zastosowanie których powoduje, że giętkie groove’y stają się rozlanymi plamami (np. w „Time”), poprzetykanymi metalicznymi drgnięciami. Czasami muzyka gniecie hałasem, to znowu wprawia w stan rozchwiania w „Instynkcie”, zmuszając do większej uwagi. No właśnie – do uwagi, bo więcej tu obrzędowego transu niż imprezy techno. Z konkretów wyróżniłbym też „Shadow of the Sun” ze względu na lekkie powinowactwo z industrialem czy obrzędowy „I Am a Pilgrim”. Esencją płyty jest zaś „Vermillion” ze względu na świetną aranżację, łączącą mrok, miarowy trans i zaskakujące wjazdy jungle’owej rytmiki. Skupiłem się na rytmie (tną go doskonale), a przecież równie ciekawie wypadają drone’owe, szumiące przestrzenie (np. „For/Way of Perdition/) – słychać w tym, co zabrzmi dziwacznie, ludzką rękę a nie bezduszne maszyny, zresztą, cała płyta to dobry przykład jak można korzystać z nowoczesnych technologii, by tworzyć muzykę bardzo żywą. Nie jest to materiał na jedną, szybką konsumpcję, trzeba się do niego przyzwyczaić, ale bardzo szybko uzależnia. Nie tylko dla maniaków współczesnej elektroniki. Bliżej Rapoon, dalej od 3M.

Arek Lerch

Pięć