DR. LIVING DEAD! – Radioactive Intervention (High Roller)

Ekipa wyglądająca niczym skrzyżowanie Misfits z nowojorskimi core’owcami i występująca pod szyldem kojarzącym się z 7-ligowymi slasherami musi mieć pod górkę. Nie przeszkadza to jednak zamaskowanym Szwedom w corocznym wypuszczaniu albumów i udziałem we własnych projektach (m.in. heavy metalowa Ouijabeard, za która w całości odpowiedzialny jest zdzierający na „Radioactive Intervention” gardło Dr. Ape).

Drugi album ekipy ze Sztokholmu to wielki skok w przełom lat ’80 i ’90. Dr. Living Dead! w dokładnie 38 minut składa hołd mistrzom thrashu i crossover z Sucidial Tendencies, Nuclear Assault, Anthrax i Slayer na czele. Wystarczy powiedzieć, że zwolnień tutaj praktycznie w ogóle nie ma, a chwilę wytchnienia będziecie mieli tylko w futurystycznych dźwiękach otwierających i zamykających album. Później dostaniecie w łeb klasycznymi riffami, które pędzą przed siebie puszczając oko do poszczególnych tuzów gatunku. I tak w numerze tytułowym, “Suffering” czy “Dead New World” Szwedzi lawirują między “Reign in Blood” a “Hell Awaits”, a z kolei w “The Meaning of Life”, znakomitym do śpiewania “Signs from the Other Side” (wers “Danger! We’re living in danger!” rozpierdala system w drobny mak), “They Live” i “Bringer of Truth” skręcają w stronę thrashu serwowanego przez twórców ‚Persistence of Time’. Pozostałe numery to już mniej sprecyzowany gwałt na uszach i bujają się raczej w odmętach przebojowego crossover, dzięki czemu z pewnością znakomicie sprawdzają się na koncertach, bo ich jakość zaskakuje in plus przy wysypie ekip starających się wskrzesić ducha świetności gatunku. Jeśli dołożymy do tego soczyście wyprodukowane gitary, niesamowicie brzęczący bas (przede wszystkim w „Suffering” i „Dead New World”), przyzwoite wokale i zajebiście dopasowane chórki, to można spokojnie stwierdzić, że Dr. Living Dead! dołącza do peletonu zespołów parających się retro – thrashem. Nie wiem na ile wyrachowany jest to zabieg, ale zabawę mam przy tym przednią i nie zamierzam zapominać o ekipie ze Sztokholmu, gdy najdzie mnie ochota na energetyczne riffowanie w starym dobrym stylu.

Jak wiadomo, cały gatunek był ograniczony dość skostniałymi ramami, poza które Dr. Living Dead! nie wychodzi. Przez zbyt duża ilość przesłuchań „Radioactive Intervention” może być nużąca, ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie godzinami katował się jedną płytą w dość hermetycznym gatunku. Ale raz na jakiś czas… Z największą przyjemnością!

Dooban

Cztery i pół