DOPELORD – Children of the Haze

Dłuższą chwilę przyszło nam czekać na nowy album Dopelord. Jedna z najlepszych polskich kapel stoner-doomowych nad „Children of the Haze” dłubała bowiem aż trzy lata. Czy cierpliwość została wynagrodzona? Jak najbardziej. Choć właściwie, czego mogliśmy się po tym krążku spodziewać, w jakim kontekście powinniśmy go rozpatrywać? Tu sytuacja zaczyna się nieco gmatwać…

Czemu gmatwać? Bo jeśli choć odrobinę zastanowić się nad okolicznościami, zespół wcale nie miał łatwego zadania. Ciężko o tak gdzieniegdzie pożądany progres z płyty na płytę, jeżeli już debiut ustawił poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie, poziomie dla zwykłego debiutu-śmiertelnika zwyczajnie niedostępnym. „Black Arts, Riff Worship & Weed Cult” był godnym następcą; przynosząc nieco odmienioną motorykę i wyzbywając się piwnicznego swędu, stanowił ugruntowanie stylu i pozycji grupy. Jak widać, Dopelord nie przywykł do wydawania miernej jakości materiałów. A jednak odczuwałem pewną obawę: czy aby zespół nie doszedł do ściany, której ani to przeskoczyć, ani obejść. Na uwadze miałem też fakt, że brzmienie grupy było bardzo charakterystyczne i dość ściśle określone, a sama muzyka nie najbardziej poszukująca czy innowacyjna. A jednak – znów to zrobili. W zasadzie przecież… skoro udało się dwukrotnie, dlaczego za trzecim razem coś miałoby pójść nie tak?
Oczywiście, sukcesu tej muzyki upatrywać należy nie w jakimś przewrocie, bo tego próżno na „Children of the Haze” szukać. Choć pewne rzeczy uległy zmianie. Jest coś w brzmieniu nowego albumu, co czyni dym mniej drapiącym w gardło, niemal przyjemnym. Tak, że po wybrzmieniu ostatnich dźwięków „Reptile Sun” odczuwam nieprzepartą ochotę rozpoczęcia podróży od nowa. Są też odjazdy w rejony, w które wcześniej Dopelord raczej się nie zapuszczał – gęsta warstwa dymu spowijająca ziemię momentami przerzedza się i zespół pokazuje swoje bardziej psychodeliczne oblicze. No i wisienka na torcie, czyli „Skulls and Candles”. Bodaj po raz pierwszy grupa dąży do uzyskania niepokojącego i tajemniczego klimatu za pomocą mniej oczywistych środków. Wyszło pięknie. Nergal mógłby zapętlić sobie ten kawałek i uczyć się z niego, jak gra się nasączone diabelską trucizną country. Dopelord

To wszystko jednak tylko i aż nadające całości kolorytu smaczki. Przeważa bowiem, charakterystyczny dla Dopelord, okrutnie ciężki doom podszyty bezpretensjonalną przebojowością. Jednak, przy całej spójności albumu, muzykom udało się zaprezentować kilka dość odmiennych oblicz. Jeszcze nigdy nie brzmieli tak sludge’owo, jak w „Scum Priest”, a wpływ na to ma głównie wydobywany głęboko z trzewi, szaleńczy wrzask wokalisty. Nigdy nie odlatywali tak daleko i wysoko, jak ma to miejsce w numerze tytułowym. O patrzeniu w stronę szerokiej prerii już wspomniałem. Nad tym wszystkim wisi jednak chmura zielonego smogu, stanowiąc główny punkt zaczepienia. Niezmienna pozostaje miłość do pewnego zespołu z Czarodziejem w nazwie. Jako pewien dla niego hołd widzę „Dead Inside I&II”. Wszystko się zgadza – wokale, harmonie i przede wszystkim riffy. Tak… mowa o motywie tak dobrym, że Electric Wizard popełnił autoplagiat, nagrywając „Legalise Drugs& Murder”. Nie dziwota, że kusi i innych. To jednak nie zarzut. Jeżeli bowiem czerpać, to tylko od najlepszych, nieprawdaż?
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, byłby to utwór otwierający krążek. Nie wiem, może umiejscowiony gdzieś dalej, w innej konfiguracji, mniej rzucałby się w oczy. Moim zdaniem nie jest najszczęśliwszym wyborem na pierwsze uderzenie, rozwija się powoli i bez zbytniej gracji. Swoją monotonią przywodzi na myśl „Magick Holocaust” z debiutu. W toporności wspomnianego tkwił jednak jakiś urok, „Navigator” natomiast znacznie odstaje od pozostałych kompozycji z „Children of the Haze”. To mój jedyny zarzut. Patrząc na ten materiał całościowo, widzę esencję tego, za co Dopelord znamy i kochamy, przyprawioną paroma miłymi niespodziankami. Czego chcieć więcej?

Adam Gościniak

Cztery