DOOMRIDERS – Grand Blood (Deathwish)

Niegdyś mówiło się o nich – nowy zespół basisty Converge, tak było i jest dalej, bo nie kto inny jak Nate Newton, stoi za sterami statku o nazwie Doomriders od początku ich istnienia po dziś dzień, na szerokim, heavy metalowym oceanie. Trzy lata po cudownym „Darkness Come Alive” doczekałem się nowego longplay’a pt. „Grand Blood”, który rozwala mnie na kawałki, a potem wkurza.

Ledwo co ruszyła lawina zamówien na dwunastocalowe, kolorowe krążki o tymże tytule w Deathwish Records, od razu sam band umieścił link do całutkiego, jeszcze gorącego, niczym krew po minionej porze roku albumu. Pomysłałem – zajebiście, nie będę musiał zwlekać do momentu odbioru kartonowego pakietu zagranicznego w lokalnym urzędzie pocztowym i nie zastanawiając się nad tym, co by było gdyby, zająłem się konsumpcją. Z początku nie czułem aż takiej „zajawki”, bo piewszy „New Piramids”, zaraz po krótkim intro, to wolny walec z dudniącymi kotłami – „poprawny” to najlepsze słowo żeby go scharakteryzować, ot, takie mięso armatnie. Następny „Mankind” przypomina mi nieco ostatni Converge, chociaż, co oczywiste, zły nie jest, dużo w tym porządnej roboty i uroku wokalisty. Płyta tak naprawdę rozkręca się na poważnie od „Grand Blood”, gdzie czuć solidny, rockowy powiew i przestrzeń, można nabrać tlenu w płuca, przed kolejnym, mistrzowskim „Bad Vibes”. Ostatnio wyczytałem, że Pan Newton śmiga półprofesjonalnie na deskorolce (!), a ten kawałek od początku skojarzył mi się z przeznaczeniem do tegoż sportu, pewnie dzięki szalonej rytmice, którą nadaje. Super. „Dead Friends” promowany jako singiel spodobał mi się na dzień dobry, gitary jadą do przodu aż miło, wszystko jest jak należy. Zaraz obok potężnego, najdłuższego na płycie „Death In Heat”, gdzie sporo się dzieje, ciężar, zmiany tempa i inne takie, mamy swoiste zniszczenie, coś jak ogniem i mieczem, w postaci „Back Taxes” i kończącego „Father Midnight”, jako wisienka na tort, albo gwóźdź do trumny, proszę samemu wybrać opcję.

Doomriders stoją niejako w kącie Converge, którzy, jak wszem i wobec wiadomo, nikomu nie dają o sobie zapomnieć, dlatego też pewnie trzeba było tyle czekać na to krwawe znalezisko w czeluściach internetu. Co może i dobrze wpłynęło na to, co ci starsi panowie nagrali. Nie ma zbytniego przesytu, nie jest to także sztampowe odklepanie stylu, w jakim znakomicie się odnajdują. Płyta jest na pozór inna, niż chociażby jej poprzedniczka, na moje ucho zawiera więcej dołu, stoner metalu, w tym zajebiście śpiewający i zarazem krzyczący głos. Nie powiem, że nie musiałem się osłuchać i oswoić, ale stwierdzam, że „Grand Blood”, jak sam tytuł wskazuje, to naprawdę wspaniała krew. Świeża krew. Nie wiem, czy jest lepsza niż wcześniejsze ich dokonania. Olać to. Jest za to zdecydowanie jedną z najfajniejszych rzeczy jakie mi się ostatnio przytrafiły i chwła za to tym wesołym jeźdźcom zatracenia; słuchając hitu „Gone To Hell”, nawet diabeł nie wydaje się taki straszny. Hail!

Sam Tromsa

Pięć