DOOL – Here Now, There Then (Prophecy)

Jakie punkty wspólne zespalają ze sobą pojęcia pryzmatu i piekła? Że oba rozpoczynają się tą samą literą? Że tkwią zazwyczaj w świecie metafor, nieczęsto zapuszczając się w bardziej rzeczywiste rejony? Prawda to, lecz nie w tym rzecz. Bywa bowiem, że – niewinne z pozoru – ukradkowe zerknięcie przez pryzmat cudzej opinii zrodzić może całą piekielną lawinę niosącą jedynie konsternację i ból zębów. No bo przecież to zupełnie nie tak…

Gdy więc, jeden z drugim, królowie złoci, mówią mi, przekonani święcie o swej racji, że to wcale nie reinkarnacja nieodżałowanego The Devil’s Blood, a raczej rzecz, którą spłodzić mógłby taki Ghost, gdyby tylko… (wpiszcie tu sobie cokolwiek), witam się z „Here Now, There Then”, wsłuchuję w kolejne utwory, zamykam oczy i nie mogę przestać w niedowierzaniu potrząsać przecząco głową. Przecież to zupełnie nie tak. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że czasem aż kusi, by odrzucić pierwszą, natrętną w swojej oczywistości, myśl i pogłowić się chwilę nieco nad bardziej skomplikowanymi rozwiązaniami. Tyle, że czasem te truizmy wydają się być jedyną słusznością i po prostu nie chce być inaczej. Gdzie bowiem muzyka Szwedów, zorientowana – mimo wszystko – na riffy, a gdzie debiut Dool – owszem, nieco bardziej, niż krążki TDB rockowy i bezpośredni, lecz niepozbawiony jakiegoś opętanego ducha wspomniany zespół cechującego. Bo tajemniczo może nie jest, ale bywa – z pewnością. Pan Diabeł nie wygląda tu bowiem zza każdego rogu, co nie jest znów takie najgorsze; w umiejętny sposób dozowany, wypada dostojniej i bardziej przekonująco, niż gdy żyłowany jest po granice wytrzymałości.

Obecność tego niepokojącego pierwiastka to nie jedyna analogia do The Devil’s Blood. Inną stanowią, rytualne momentami, damskie wokale, kolejną- przeszczepiona ze świeżych zwłok sekcja rytmiczna, wreszcie: cały ten wszechogarniający dualizm, bezboleśnie łączący podniosły klimat z bardziej piosenkowymi dążeniami. Przy tym wszystkim jasnym pozostaje, że Dool to w pełni samodzielny twór, nie żadne podjęcie pochodni wypuszczonej z rąk przez poległego kuzyna. Podobieństwa, jak wspomniałem, czają się tu i tam, czasem uderzając swą donośnością między oczy, innym natomiast razem rozwierając swe podwoje wyłącznie przed najbardziej wytrwałymi poszukiwaczami. Jeżeli o tych oczywistych mowa, mimowolnie nawiedzają mnie chóralne zaśpiewy „The Alpha”, które to, osnute na gęstej, niespiesznej rytmice niesamowicie przypominają „House of 10,000 Voices”. Myślę też o „Oweynagat”, przepoczwarzającym się mimochodem z niezwykle przebojowego, choć uciekającego banałowi, utworu, w zawikłany, wielowarstwowy rytuał. Rozpoczyna się on leniwie i niepozornie, by z czasem nabierać kolejnych płaszczyzn, emocji i kolorów. I kolejną. I jeszcze jedną. Kręci mi się w głowie i nie pamiętam już, co było na początku. Zupełnie, jak w takim „The Anti- Kosmik Magick”…Dool band

Podobnych nawiązań – świadomych, czy też nie do końca – jest na tym krążku znacznie więcej i nie sposób ich przemilczeć. Holendrzy starają się jednak podążać własną ścieżką, która, choć wydawać się może bliźniaczo podobna do innej, pobliskiej, zachowuje swoją odrębność. Stwierdziłem wcześniej, że to płyta w gruncie rzeczy rockowa, wyłączając momenty magii, stąpająca dość mocno po ziemi. Nie wyrzuca z siebie może hitu za hitem, lecz kwestia proporcji: przebojowości i budowania klimatu, prostoty i nakładania na siebie splątanych warstw, zostaje rozwiązana bardzo umiejętnie. Dool nie wypełnia luki, której nie da się zapełnić. Nie udaje czegoś, czym nie jest. Tworzy odrębną historię, której pierwszym rozdziałem jest właśnie „Here Now, There Then”. Niektóre z wątków tej opowieści przypominają mi coś, co już kiedyś czytałem. Może dlatego całość tak mocno do mnie przemawia… Niezależnie od okoliczności, wydaje mi się, że krążka tak nienachalnie przebojowego, przystępnego, a przy tym niejednoznacznego w wydźwięku i podszytego jakąś zrezygnowaną melancholią nie sposób lekceważyć.

Adam Gościniak

Zdjęcie: Nona Limmen Photography

Cztery