DINOSAUR JR – Give A Glimpse Of What Yer Not (Jagjaguwar)

Stabilizacja czy szaleństwo? Wieczny zadzior czy równowaga? Oto pytania, które długo zadawali sobie misie z Dinosaur Jr. I doszli w końcu do wniosku, że skoro wielkimi kumplami (szczególnie Mascis i Barlow…) nie będą, to niech przynajmniej muzyka będzie trzymała równowagę. No i trzyma, bo kolejny krążek po reaktywacji zespołu jest: słuchalny, przyjemnie głaszczący nasz sentymentalizm, ale z drugiej strony, jakiś taki bez zadziora. Starość? Czy może właśnie ta nieszczęsna równowaga?

Rozpatrywać twórczość Dino można na kilka sposobów. Dla fanów minionych dekad, kiedy kształtował się gitarowy hałas, ekipa Mascisa będzie przede wszystkim uproszczoną wersją Sonic Youth, jednym z rzeźbiarzy sceny noise a także protoplastami gitarowego indie. Odległości między wymienionymi rejonami są dość duże, ale Dino stanowi(ł) coś w rodzaju wspólnego mianownika, dla niżej podpisanego szczególnie gdzieś w okolicach roku 1991. Wiadomo – klasyka klasyk – „You’re Living All Over Me” ukazała się w 1987, ale pięknym przykładem łączenia melodii, hałasu i właśnie ducha indie pozostaje dla mnie „Green Mind”. Świetny kawał muzy, w dodatku opakowany w okładkę – szczególnie w kontekście nowej płyty, ozdobionej bohomazem zrobionym przez dziesięcioletniego adepta grafiki komputerowej – zapadającą w pamięć. Co ciekawe, patent na muzykowanie Dn Jr miał w zasadzie punkowy – niechlujne brzmienie, rozchełstane wykonanie, mnóstwo sprzęgów i dysonansów a spod nich wyłaniające się smakowite melodie. Jasne, na późniejszych płytach zespół starał się z różnym skutkiem urozmaicić i uporządkować ofertę, ale najlepiej wypadał, kiedy zwyczajnie i bez ograniczeń hałasował. Wieloletnia przerwa nie zmieniła zbytnio oblicza, jednak trzeba przyznać, że już „I Bet on Sky” przynosiła bardzo nierówną muzykę, za dużo akustyki, za dużo miałkich riffów.Dino

Nowa płyta sadowi się gdzieś pośrodku. Nie powiem, że jest to szczególnie zły album zespołu, ale na pewno nie wzbudza takich emocji jak wspomniane, wczesne płyty. W zasadzie wszystko się zgadza, jest hałas, gitara ładnie się przesterowuje, a głos Mascisa mimo upływu lat tak samo manierycznie zawodzi. Najbardziej podoba mi się właśnie te mocniejsze, brudne oblicze grupy, w rodzaju „Walk for Miles”, czy sprawnego „Going Down” który w pewnym sensie podkreśla nieśmiertelność patentu kompozycyjnego Dinosaur Jr. Dużo gorzej robi się w spokojniejszych momentach, które są, hmmm, dość nijakie. Niektóre numery są zwyczajnie „odpuszczone”; trochę szkoda, bo przecież mieli i czas i możliwości. Może faktycznie jakieś tam wewnętrzne niesnaski wpłynęły na taki stan rzeczy? Pozostaje jeszcze fakt, że sporo z tych piosenek przypomina bardziej szkice niż zamknięte tematy („Mirror”). Taki patent czasami prowadzi do eksplozji (vide nowy Horseback), ale może też być zespołowym potknięciem, co przydarzyło się właśnie Dinosaur Jr. Szanuję ich, bo stworzyli kanon, mają rozpoznawalny styl, podoba mi się kilka numerów z tego krążka i nadal niezmiennie delektuję się tym dinozaurowym, melancholijno – hałaśliwym stylem, ale nie muszę każdej płyty stawiać na ołtarzyku. Najnowsza jako całość jest po prostu niezbyt wyrazista.

Album jest szumnie reklamowany, min. przez Rollinsa (wolałbym, żeby to Mascis reklamował nową płytę Rollins Band!!) czy gości z The National, ale nie jest to najlepsze dokonanie tej ekipy. Można posłuchać.

Arek Lerch

Trzy i pół