DILLINGER ESCAPE PLAN – One Of Us Is The Killer (Party Smasher)

Na taką płytę Dillingerowie kazali nam czekać od czasów „Miss Machine”. To skończone, idealnie wyważone dzieło dojrzałego zespołu, który niczego na siłę nie wymyśla, za to doskonale, z wyczuciem i smakiem, rozprawia się ze swoimi, muzycznymi fobiami. Na „One of Us Is the Killer” wszystkie, charakterystyczne cechy tego zespołu stopiły się w jeden, nienaruszalny monolit.

Dobra to wieść dla wszystkich maniaków, beznadziejnie zakochanych w tzw. jazz metalu czy math rocku. Dillinger wreszcie w 100% formie. Jasne, „Ire Works” czy „Option Paralysis” też w zasadzie niczego nie brakowało, jednak grupa – może za sprawą zmian w składzie, zachwiania rdzenia, stworzyła wówczas dźwięki oryginalne, ale brzmiące razem nie do końca pewnie, może zbyt nerwowo, nie mylić, rzecz jasna, z muzycznym ADHD. Szczególnie na „Ire Works” słychać niepotrzebną chęć zrobienia na siłę czegoś zupełnie nowego i choć po premierze tejże płyty byłem zachwycony, z dzisiejszego punktu widzenia był to po prostu okres przejściowy.

„One of Us…” to udana próba pogodzenia melodyjnych ciągotek ekipy Grega z maniakalnym uwielbieniem do matematycznych łamańców. Tych ostatnich jest tu bez liku, jednocześnie mam wrażenie, że tym razem są one – jeśli to odpowiednie określenie – bardzo klarowne w formie. „The Thread Posed by Nuclear Weapons”, „Magic That I Held You Prisoner” czy totalny „CH 375 268 227 ARS” to najlepsze przykłady. Jednocześnie muzycy nadal eksperymentują z niemal popowymi elementami, które tym razem odważnie łączą z pogiętym napieraniem („Understanding Decay” z wstawkami drum’n’bass), dochodząc do ideału w „Paranoia Shields”, brzmiącym jakby Faith No More próbował zgłębić mathcore’a. O ile jednak awanse w stronę Pattona nie dziwią (Greg zawsze bił mu pokłony…), o tyle zaskakujący jest „Nothing’s Funny”, gdzie obok walczykowatego metrum pojawia się refren, żywcem skradziony ze śpiewnika Serja Tankiana. Atutem tej płyty jest sposób aranżowania pozornie nieprzystających do siebie elementów w klarowną, płynną i pulsującą całość. Mam wrażenie, że przy takich strukturach, jakie znajdziemy na „One of Us…” nawet przeciwnicy poszarpanej bądź co bądź muzyki, znajdą tu coś dla siebie. Zastanawiam się, czy można to nazwać dojrzałością, bo przecież od lat Dillinger to ansambl, który dawno wyrósł z krótkich spodenek – może czekali na taki moment, może wreszcie jest równowaga i chemia w zespole? Skrzywienie zawodowe każe mi w tym miejscu przypomnieć, że to druga płyta z tym samym pałkerem (Billy Rymer), czyli mamy okrzepnięty i scementowany skład. Jednocześnie – co absolutnie nie zmienia mojego podziwu – trudno mi traktować płytę niczym objawienie, bo nim po prostu nie jest. Trochę sobie przeczę, bo to właśnie te bardziej eksperymentalne, być może nawet bardziej zaskakujące fragmenty twórczości Amerykanów traktuję dzisiaj jako wypadki przy pracy.

Dillinger jest zespołem, którego z rzadka się krytykuje, ale to całkiem uzasadnione, bo chyba nigdy – niezależnie, co działo się wewnątrz grupy – nie dał przysłowiowej dupy, stając na wysokości zadania. Jest to także chyba jeden z nielicznych, ocalałych na mojej półce bandów matematycznych, które darzę szacunkiem równym ich protoplastom z lat 90 – tych. Wiem, sentyment znowu bierze górę, ale nic na to nie poradzę. Wprawdzie nie lubię czczej agitki, ale muszę to napisać – polecam nowy krążek Dillinger z całego serca – słabych punktów prawie brak.

Arek Lerch

Pięć i pół