DILLINGER ESCAPE PLAN – Dissociation (Sumerian Records/Party Smasher)

Dillinger się nam rozpada – płaczą Internety! Postanowiłem zapłakać i ja, ale jakoś… nie wyszło. Bo w zasadzie dlaczego? Dillinger Escape Plan miał całkiem udaną, równą ścieżkę kariery. Wszystkie płyty trzymały zgodnie bardzo wysoki poziom. Wprawdzie ekstatycznych doznań, jakie miały miejsce podczas lektury „Calculating Infinity” czy „Miss Machine” nie było podczas premier kolejnych płyt, ale dotyczyło to raczej zmieniającej się jednostki, a nie pogarszającej się formy samego zespołu. Mogę wyróżnić tę czy inną płytę, ale po prawdzie, traktuję dyskografię Amerykanów jako całość. Dlatego też ogłoszenie o zakończeniu kariery, w kontekście najnowszego, bardzo dobrego krążka, to kolejny, genialny krok zespołu. Każdy wie, że muza zostanie, koncerty pożegnalne będą pewnie grać przez najbliższe dwa lata, a za kilka kolejnych ogłoszą szumny reunion i wszyscy się posikają z radości. Póki co, skupiamy się na płycie „Dissociation”, która nie odstaje od reszty. Nadal można usłyszeć wyraźny ciąg w stronę klimatu, czasami bliższego post rocka czy nawet gotyku, to znowu kłaniającego się (też reaktywowanej…) ekipie Pattona. No i cała masa łamliwych wyginańców, które będą przez lata analizowane przez całe zastępy gitarzystów, pałkerów i basistów. Zespół stworzył kanon, gdzieniegdzie go nawet wyprzedził, dobrze bawił się na koncertach, wreszcie doszedł do wniosku, że trzeba odpocząć. Kolega Grzegorz Pindor nie może się z tym pogodzić, więc próbuję ukoić jego smutki…

Grzegorz: Panie Redaktorze, Greg Puciato zapowiedział koniec zespołu, odejście w bliżej nieopisany niebyt i zajęcie się na stałe The Black Queen. Znudziło się darcie ryja, czas na bycie drugim Hurts. Będziesz tęsknił? Bo gdyby chodziło o rozpad takiego Pig Destroyer, Brutal Truth, a może nawet, choć piszę to z bólem, Converge, to chyba bym się tym aż tak nie przejął.

Arek: Niestety. Nie przejmuję się. Dlaczego? Bo zespół zostawił po sobie bogate archiwum. Dobre i doskonałe płyty. Kupę wspomnień. I razem z najnowszym dziełem zamknął pewną historię. Lepiej tak niż czekać na ewidentne potknięcie. Poza tym, i tak za parę lat się reaktywują (śmiech…) w oryginalnym składzie z „Calculating Infinity”…

Grzegorz: Ja bym wolał żeby zrobili wspominkową trasę „Ire Works”. Ale pożyjemy, zobaczymy. Mówisz, że zamknęli pewną historię, a mi się wydaje, że oni dopiero teraz dali upust pewnym fascynacjom, które na poprzednich krążkach były li tylko smaczkiem. Bo kto by pomyślał, że na płycie TDEP usłyszymy jungle/breakcore?

Arek: Nie przesadzaj. Zawsze przekraczali granice. Wspomniana płyta „Ire Works” do dzisiaj jest dla mnie nie do sklasyfikowania. A dlaczego dzisiaj tak „pojechali”? Może właśnie z powodu świadomości, że nie będą musieli się z tego tłumaczyć?

Grzegorz: Nie chcę żeby się tłumaczyli, bo ja chcę po prostu więcej i niczym oburzona nastolatka tupię nóżką, mówiąc „nie!”. Zgadzam się, że zostawili za sobą fantastyczny katalog, że pchnęli metal w zupełnie inne, dziwaczne i matematyczne rejony, ale goście powinni jeszcze co najmniej raz przywalić tak żeby wszyscy mieli świadomość tego, że dzięki nim doszło do rewolucji. Tej na scenie, w studio i w prowadzeniu zespołu. Wszak TDEP to DIY na wysokich obrotach.

Arek: Ale wiesz jak to mówią – trzeba wiedzieć kiedy skończyć. Oni kończą w dobrym momencie kariery – kiedy są jeszcze płodni, ale już trochę spowszednieli. Za parę lat będzie strzał jak wrócą. Poza tym – niedosyt lepszy jest niż przesyt, że tak limerykiem pojadę…dep

Grzegorz: Trochę mnie rozczarowujesz. Bo to naprawdę wielki zespól, absolutnie nie do podrobienia, grający w swojej, dość dziwnej lidze i powstanie luka, której nie wypełnią ani techniczni death metalowcy ani hybrydy hc z czymkolwiek sobie nie wymyślisz.

Arek: Ok. Masz rację. Ale ja raczej piję do tego, że ich edycja wpisuje się w tą nieprzewidywalność. Kto inny mógłby sobie na to pozwolić? Kogo byłoby stać na taką decyzję? Inna sprawa, że nie znamy faktycznych przyczyn tej decyzji…

Grzegorz: I prawdopodobnie ich nie poznamy. Wielokrotnie mówili, że przytłacza ich własna popularność i status tej kapeli, tym bardziej, że wszystko robią sami, włącznie z wnoszeniem gratów na scenę. Wróćmy do samej płyty; przesunęli jakąś granicę, której się nie spodziewałeś?

Arek: Będę arogancki – nie. Zaskoczenie było na „Calculating Infinity”. Przeboje na „Miss Machine”. Przekroczenie własnych granic na „Ire Works”. Już „Option Paralysis” i One of Us is the Killer odczuwałem coś w rodzaju tworzenia muzyki w/g pewnego konceptu. Szaleństwo nie było efektem a pewnym założeniem, dokładnie wykalkulowanym. Na tej płycie, czuję trochę jakby spojrzenie wstecz, na wszystkie dotychczasowe płyty. Trochę metalu, trochę matematyki i wygibasów. Nie uznam „Fugue” za zaskoczenie, bo po prawdzie ten numer pasuje tu jak pięść do oka. Bardziej wolałbym, żeby tego typu rzeczy były wplecione w normalne, gitarowe hałasy. Co nie zmienia faktu, że płyta jak zwykle trzyma wysoki, niedostępny dla większości muzyków z tej działki poziom, może nawet jest lepsza od „One of Us…”

Grzegorz: Jest lepsza, miejscami nawet mroczniejsza. Swoją drogą, ten dziwny, niepokojący klimat niektórych utworów często był pomijany w recenzjach. Panowie pomimo dokładania do pieca potrafią wytworzyć tak gęstą atmosferę, zwłaszcza na koncertach, że zapomina się o tym, jakoby to był hord stworzony jedynie do zniszczenia.

Arek: Fakt, choć wiadomo, że głównie chodziło o technikę i małpie wygibasy. Na tej płycie mrok budują niewątpliwie „Dissociation” i „Symptom of Terminal Illness” – pięknie im to wychodzi, tym bardziej, że ów klimat jest podbudowany świetnymi instrumentacjami, które idą niejako w poprzek aranżacji. Ja dołożę jeszcze kawałek „Manufacturing Discontent”, gdzie Puciato z kolegami kłaniają się w pas Faith No More. Ale czy to kogoś dziwi? Z kolei „Apologies not Included” to samo dobro schizolskich, gitarowych partii i aranż rodem ze szpitala psychiatrycznego. To taki subiektywny wybór na dzień dzisiejszy…gp

Grzegorz: Ja w typowaniu jedynych, słusznych numerów tym razem będę dość oszczędny i zachowawczy, gdyż ten album zawiera się w tych dwóch udostępnionych przed premierą singlach. Jest w nich chaos, spustoszenie ale i dziwna lekkość. A nawet nieznośna lekkość bytu (śmiech). Łykam ten zespół w całości i jako, że będę tęsknił, pożegnalny krążek nie może mieć wad. I ja ich tu (może nawet trochę na siłę) nie słyszę.

Arek: Jest kompletny, jest stylowy i w 100% Dillingerowy. No i – ku osuszeniu łez – długo będzie się go słuchać i uczyć, by zrozumieć. Ja cały czas przyczepiam się do tego hasełka, że lepiej odejść w chwale niż w niesławie. Oni odchodzą w najlepszym momencie. No i – tu trochę złośliwie – zobaczymy ile to „odchodzenie i żegnanie” będzie trwać. Może np. ze dwa lata będzie ciągnąć się trasa pożegnalna, a w tym czasie kto wie, co się wydarzy. Pamiętasz ile Scorpions grali koncertów pożegnalnych? Inna sprawa, że hasło „koncert pożegnalny” jest świetne marketingowo i zapewnia 100% frekwencję…

Grzegorz: Akurat Scorpions mogli by grać te pożegnalne koncerty aż do śmierci. Goście z TDEP nie mają jeszcze czterech dych na karku, więc prędzej czy później wrócą. Na razie zostaje The Black Queen z Puciato a pałker niech wraca do Coheed and Cambria. Ich też uwielbiam.

Arek: No i sam widzisz. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło (śmiech). Jest Black Queen i C&C. A Scorpions umilą nam koniec świata…

Grzegorz: To puśćmy „Winds of Change” i do następnego…

Pocieszali się Grzegorz „Chain” Pindor i Arek Lerch