DEUS MORTEM – Emanations of the Black Light (Strych)

Od grudnia 2011, kiedy ukazał się zapowiadający dużą płytę Deus Mortem singiel „Darknessence”, minął ponad rok. Oczekujący premiery materiał jak porządne wino nabrał z czasem wartości i smaku. Prawdopodobnie mógł ukazać się wcześniej, ale to nie ma większego znaczenia, ponieważ twórczość Deus Mortem nie odnosi się w żadnym stopniu do aktualnych trendów. „Emanations of the Black Light” równie dobrze mogła wyjść pięć lat temu. Black metal to nie sztuka doraźna, która ulega przeterminowaniu i dezaktualizacji.

Deus Mortem tworzy para kolegów z Azarath. Uznawany za jednego z najlepszych, ekstremalnych perkusistów na świecie Inferno oraz główny kompozytor i mózg przedsięwzięcia, odpowiadający za gitarę, bas i wokale Necrosodom. Jeśli ich poprzednie, wspólne dzieło „Blasphemers’ Maledictions” podobało się komuś ze względu na bardziej wyraźne niż dotychczas elementy blackmetalowe, to album Deus Mortem jest dla niego koniecznością. Ten wypełniony klimatycznymi numerami krążek to niewątpliwie jedno z ważniejszych nagrań polskiej sceny metalowej ostatnich lat. Choć dokonania Necrosodoma i Inferna są powszechnie znane, trzeba powiedzieć, że przy Thunderbolt, Damnation, Throneum, Witchmaster czy Anima Damnata, „Emanations of the Black Light” to po prostu wyższa liga.

Na płycie znalazło się siedem kompozycji, z czego jedna, „Receiving the Impurity of Jeh”, ukazała się na wspomnianym wcześniej singlu. Cały krążek to doskonała, blackmetalowa klasyka z blastbeatami, melodyjnymi „bzyczkami”, patosem i zarazem dzikością. Deus Mortem nie ogranicza się do minimalizmu i najprostszych środków wyrazu. Aranżacje są rozbudowane a tempa niejednostajne, nie brakuje też zapadających w pamięć solówek. Stylowa jest tradycyjna i surowa produkcja; brzmienie to ukłon w kierunku korzeni gatunku, bez nadużywania nowoczesnych technologii. Kompozycje żyją własnym życiem, naturalnie układają się w jedną, wielką arię mroku, której czarowi ciężko się oprzeć. Choć album ma blisko czterdzieści cztery minuty, słucha się go kapitalnie i trudno przerwać w połowie. Deus Mortem tworzy klimat, który wciąga, zaraża i prowokuje. Nie potrzeba nic więcej.

Adam Drzewucki 

Pięć