DESTRUKTOR – Opprobrium (Hells Headbangers)

Dobra recenzja powinna wymierzać czytelnikowi kopniaka w czoło już w pierwszym zdaniu. Niech się zdziwi, albo nawet wkurwi, ale niech czytane słowa wywołają w nim jakąś reakcję, bo inaczej czas straci i on i ja. I lepiej niech w swojej naiwności nie myśli, że moja rola sprowadza się wyłącznie do tego, aby rzetelnie opisywać i oceniać to, co w danej chwili słyszę, bo czeka go przykra niespodzianka.

Najpierw na złość zrobię leniom, którzy lekturę recenzji zaczynają od sprawdzenia znajdującej się pod nią oceny. Ojej, a gdzie gwiazdki? Nie ma? O, jak mi przykro. Być może będziecie musieli przeczytać te kilka zdań. Następnie wyszydzę wszystkie te wielkie i przełomowe płyty, na które czekacie z niecierpliwością, i o których zapomnicie tydzień po ich premierze. Potem będę jeszcze bardziej okrutny i uświadomię wam, że prawdopodobnie już żadne nowe nagrania nie wzbudzą w was takiej ekscytacji jak te, które poznawaliście mając lat -naście. Jeśli to nie odniesie skutku, to będę kłamał i pastwił się nad wami na tyle, na ile tylko pozwoli mi wyobraźnia. Aż w końcu, długo po tym jak już machniecie ręką i przestaniecie to czytać, przejdę do opisu muzyki zawartej na drugiej płycie Destruktor.Destruktor

I wtedy opowiem posiadającym wielką cierpliwość, lecz nieistniejącym czytelnikom o tym, jak to fajnie, że w dalekiej Australii wciąż gra się dziki death metal. I że jeśli ktoś czekał na drugą płytę tej ekipy, to się na pewno ucieszy. Wspomnę też, że jej produkcja, choć może nie nadzwyczajna, to jednak niszczy podstarzałe gwiazdy tej muzyki, wydające płyty w wytwórniach pokroju Nuclear Blast czy Century Media tylko po to, aby wyruszyć w kolejną trasę koncertową. Że muzyka na niej zawarta pieści uszy równie miło jak wydana kilka miesięcy temu nowa płyta Abominator. I że ta infantylna okładka jest jak najbardziej na miejscu.

I nie, to nie będzie niczyja płyta roku i pewnie nawet ja zapomnę o niej za dwa albo trzy tygodnie. Dzisiaj jednak cieszy mnie ona jak dobrze schłodzone piwo albo niezasłużony komplement. Jest zatem chyba jakiś sens w nagrywaniu takiej muzyki, a być może nawet w pisaniu takich recenzji. A jeśli się mylę i nie ma, to cóż… i tak miło się tego słucha.

Michał Spryszak