DEPECHE MODE – Spirit (Mute/Sony)

Są jeszcze w tym kraju „depeszowcy”? Na pewno. Depeche Mode, ikona synth popu w wydaniu nieco ambitniejszym powrócili z nowym, czternastym albumem i chyba większą chęcią do życia. Minione lata były raczej czasem dobrobytu i przejadania zarobionych, gigantycznych pieniędzy, zatem fakt, że nowy album jest zdecydowanie ciemniejszy i stawia kilka  trudniejszych pytań mógł zaskoczyć. No i tak się stało, bo szum wokół płyty jest spory. Zespół ze sprawnością niezłego kuglarza wykroił z materiału nie najgorszy hit, w kilku miejscach przypomniał sobie o rocku, skomponował prostsze piosenki, ale fajnie przybrudził je ciemniejszą tonacją. Jak będziemy podchodzić do „Spirit” za rok? Nie wiadomo, na razie jest całkiem nieźle. 

Arek: Depeche Mode nagrali dobrą płytę. To teza, która ma jedno, bardzo dobre uargumentowanie: dawno nie było tylu skrajnych opinii na temat muzyki tej kapeli. A to świadczy, że potrafią jeszcze wywołać i kontrowersje i jakieś emocje, a to w kontekście długiego stażu robi wrażenie.

Grzegorz: Ale czekaj, czekaj, bo nasi znajomi z kilku popularnych blogów twierdzą, niczym naczelny hejter polskiego internetu, że to gówno obejszczane, obesrane. Brzydko to brzmi, strasznie wręcz, no i ja się z tym zgodził, gdyby nie produkcja za milion i kilka naprawdę fajnych momentów.

Arek: Wiesz co – skoro zaczynamy od razu od historii rodem z WC, to pamiętaj, że obrzucać błotem jest baaardzo łatwo. Szczególnie w Internecie i szczególnie takie zespoły, bo są dość proste do szkalowania. Oferta Depeche Mode zawsze była łatwa w ocenie, z drugiej strony to zespół, który nadaje się do obśmiewania przez wielkich i prawilnych,DM poważnych dziennikarzy. Dlaczego? Bo niby pop, ale antycypowany przez różne środowiska, więc nikt nie wyśmieje, że poważny dziennikarz o „takim” zespole pisze i jednocześnie nikt nie podważy ich opinii. Bardzo wygodna sytuacja. Ale – abstrahując od muzyki – ciekawe, że aż tylu żurnalistów rzuciło się na tę płytę. Jakoś podczas promocji „Delta Machine” opinie były dość ostrożne, stonowane, ogólnie bez emocji. To przekonuje mnie, że jednak coś w tej płycie jest.

Grzegorz: Jest między innymi pierwiastek niedowierzania – bo nadal są aktywni, wciąż realizują pomysły, bronią „popu”, a jednak treść albumów jest inteligentna, ma fantastyczne momenty, stanowiące o ich wielkości, ale tak naprawdę… Era Depeche Modę zwyczajnie minęła. Dla kogoś przed 30-tka, brak depeszów na rynku byłby niezauważalny. Za dużo bodźców, za dużo muzyki, zbyt wielu kopistów dostarcza identycznych wrażeń.

Arek: No ja się z tym zgadzam, ale to nie jest argument, żeby zgnoić ich płytę, bo taką samą miarkę można by przyłożyć do sporej ilości zespołów! Rozmawiamy w dwóch kontekstach – kontekście muzyki aktualnie się dziejącej i w kontekście ich twórczości jako takiej. W obydwu kategoriach nowa płyta się sprawdza. Skupmy się najpierw właśnie na dyskografii zespołu. Powiem tak: przed lekturą „Spirit” zrobiłem sobie przelot po tzw. nowożytnej dyskografii DM i wyszło mi, że z „Ultra” łykam jakieś 70%, „Exciter” ma może ze trzy fajnie pieśni, za to „Playing The Angel” nie ma NIC do zaoferowania. Troszkę odbili się z „Sound of the Universe” z paroma niezłymi numerami (oczywiście, z „Wrong” na czele…), zaś „Delta Machine”… cholera, czasami fajnie się jej słucha, czasami do mnie nie kompletnie dociera. Natomiast nowa płyta to rzecz, gdzie z 80% materiału akceptuję. Ok, mogę się zgodzić, że jest zachowawczy i wyciąga takie klasyczne wątki tego zespołu, ale, na Boga!, ja niczego innego od nich nie oczekuję! Mają grać tak, żebym poczuł klimat tamtych czasów. Dla mnie ta płyta ma mięso, siłę i przynajmniej ze dwa hity pociągowe. Tak to dzisiaj widzę. Co zresztą podkreślam – dzisiaj…

Grzegorz: Mięso i siłę? To nie zespół rockowy. Zresztą, nie wiem czego miałbym oczekiwać po tym zespole. Młodzi, zrzynający z nich, czyli np. duet Hurts; owszem, u nich czasem jest i ciężar i pieprznięcie, ale nie słyszę go na tej płycie. Za to dostrzegam pewność siebie i zdecydowanie.

Arek: Pewność siebie po tylu latach musi być, ale dla mnie dużo ważniejsze jest zdecydowanie, bo to akurat słyszę. No i wreszcie – nie wiem, na ile to przypadek – ręka do dobrych sampli. Oczywiście, jeśli ktoś oczekuje takich killerów, jakie znalazły się na „Some Great Reward” czy „Black Celebration”, że o „Music For The Masses” nie wspomnę, to jest naiwniakiem. Uważam, że ten zespół dorobił się tylu dobrych płyt, tylu świetnych kawałków i zapłodnił tylu wykonawców, że mogę im darować parę słabszych albumów. Miejsce w historii mają zapewnione. Na „Spirit” robią po prostu to co lubią, ale z większym przekonaniem i większą prostotą. Tak, jakby chcieli mieć jak najwięcej rzeczy do grania na koncertach. Ktoś tam kręci nosem nad „Where’s The Revolution” – kurde, przecież to rasowy przebój, w pięknej tonacji noir z wszystkimi atutami. Wydaje mi się, że ta płyta w pierwszej kolejności zaskakuje, potem jest chwilowa dezorientacja, a na koniec zrozumienie konceptu. Starsi panowie nadal pozostają w siodle…Depeche Mode

Grzegorz: Ja odnoszę wrażenie, że – a jest to raczej niezamierzone – ma na odrzucić a potem wprawić w osłupienie. Czy pozytywne, czy negatywne zależy od gustu, a o nich ponoć się nie dyskutuje. Gdyby w dziennikarstwie muzycznym istniał obiektywizm, nazwałbym ten album poprawnym, może dobrym – ale jak na Depeche Mode. Oczekuję więcej, nie tylko dobrych melodii i trafnych wersów, co pewnej wyjątkowości.

Arek: Właśnie kwestia polega na tym, że po tylu latach autentycznie trudno jest zaskakiwać i dawać „coś więcej”. Zaskakiwać i siebie i słuchaczy, za każdym razem fundować podobny poziom intensywności doznań. Z Depeche jest ten problem, że to zespół, który zawsze balansował na pograniczu lekkiego eksperymentu (wiem, brzmi okrutnie…) i popu. Jasne, eksperyment zostawili w latach 80., potem skupili się na rozrywce, jednak właśnie fakt, że ta płyta potrafi zdrażnić – i muzyką i słowem, świadczy o tym, że tym razem dali to „coś więcej”. Czyli pewną szorstkość przekazu, więcej zgrzytów i mroku. I chyba się udało, bo takich kontrowersji i sporów wokół nowego materiału DM dawno nie było.

Grzegorz: My chyba lubimy kontrowersje? Nie ma płyty, o której byśmy nie rozmawiali w kontekście zamieszania wywołanego przez media. Może ucieka nam prawdziwa wartość dodana tej muzyki?

Arek: Czy ja wiem… Kontrowersje są jakimś tam papierkiem lakmusowym pokazującym poziom muzyki. Najgorzej jak nikt nie gada i nikt się nie kłóci. Oczywiście, wiadomo, jest dużo znakomitej muzyki, która nie wzbudza jakiegoś rezonansu, ale Depesze to Depesze. Na pewno nagrali album prostszy, może nawet bardziej rockowy a mniej bluesowy od „Delta Machine”, ale tym samym znowu zbliżyli się do sedna swojej muzyki. Nawet jeśli to już było.

DM1Grzegorz: Nie da się tego sprecyzować, bo każdy odbiera to „coś” inaczej. Podskórnie oczekuję bardziej rockowego brzmienia, mniej subtelnej oprawy i tego mięsa o którym mówiłeś, a którego jednak tutaj nie ma. Może to dlatego, że bardziej przemawia do mnie muzyka stricte gitarowa niż synthpop i pochodne.

Arek: Wiadomo, ja od ekipy Gore’a nie oczekuję mięsa na miarę Morbid Angel (śmiech). Ale dla mnie ta płyta ma właśnie te cechy, które powinien posiadać DOBRY album DM, a których nie mogłem wyłowić na „Sounds…” a tym bardziej na „Playing…”. Płyta w przynajmniej 3/4 numerów posiada puls, parę razy jest niezły, szorstki i dawno nie słyszany industrial – pop (np. w „Scum”) no i parę świetnych, dobrze osadzonych sampli. Nawet ballady są jakieś lepsze, a na pewno „Eternal” w wykonaniu Martina, który nie dość, że się nie dłuży, to jeszcze przyjemnie zgrzyta na końcu. Co do subtelności – depesze zawsze pięknie tymi subtelnościami grali i tym razem w połączeniu z prostszymi kompozycjami fajnie to wszystko chodzi. Osobiście uważam, że poza dwoma może nieco słabszymi numerami, reszta nadaje się na koncert i będzie się nieźle sprawdzać podczas podróży samochodem. Jestem też realistą i wiem, że czasy „Violator” raczej nie wrócą, ale absolutnie nie sądzę, że o to walczy DM. Tym bardziej, że konia pociągowego i tak z płyty wykroili. Na koniec zróbmy listę najlepszych rzeczy na płycie. Co typujesz i dlaczego?

Grzegorz: Odpowiem trochę wymijająco, gdyż nie mam faworyta. Chcę wierzyć, że ten album ma jednak jakieś ukryte dno, punkty spajające wszystkie historie i nie należy słuchać go wybiórczo. Depesz, czy dobry czy nie, to pewna całość. A że tym razem trochę jej nie rozumiem? Trudno (śmiech).

Arek: No to ja zrobię to za ciebie (śmiech). Pomijam początek, bo to oczywistość, potem świetny „Scum”, „Prison Heart”, rockowy „So Much Love” i zaśpiewanych chyba na polu bawełny „Poorman”. To na pewno najfajniejsze pieśni. Broni się dobre brzmienie, świetna produkcja i prostota materiał. Dostaliśmy mrocznego depesza, który nadal wie jak się gra tym rynkiem.

Szukali wspólnego zdania Grzegorz Pindor i Arek Lerch