DEFTONES – Gore (Warner)

Czy Deftones ważną załogą jest? Zapewne tak, bo w ciekawy sposób łączy różne światy muzyczne. Ten z zamierzchłych lat 90., kiedy metal paradował w zupełnie innych wdziankach i współczesną, poplątaną scenę muzyczną, gdzie chyba już nikt nie wie kto jest kim. W tej pierwszej odsłonie ekipa Chino Moreno była bożyszczem nowo – metalowców i wzbudzała wrogie odruchy „betonów”, dzisiaj jest uznaną marką, która… no właśnie: według niektórych kompletnie się zagubiła, inni uważają, że nagrywa płyty na solidnym, a może i wysokim poziomie. Dalego przedstawiamy tutaj dwie opinie – pierwsza w słowach Pawła Drabarka raczej z niekorzystnym werdyktem i druga – Adama Gościniaka – zdecydowanie bardziej łaskawa dla „Gore”, nowego dzieła zespołu. 

Białego kucyka zastąpiła sowa, a sowę łabędzie. Na okładkach płyt Deftones pojawiła się już połowa ZOO, a oni nadal gonią króliczka. Długo próbowałem się przekonać do nowego krążka, ale – jak się okazuje – jest to dla mnie zadanie z gatunku niemożliwych. Po pierwszym, czy drugim przesłuchaniu byłem chyba nawet nieco zauroczony i myślałem, że nasza znajomość będzie owocna, ale – jak to w życiu bywa – rzeczywistość okazała się brutalna i zupełnie odmienna od oczekiwań. Czar prysł. Z każdym kolejnym odsłuchem płyta podobała mi się coraz mniej, a przecież zazwyczaj jest zupełnie odwrotnie. Teraz mam już nieodparte wrażenie, że „Gore” to wyciśnięty na siłę klocek.

Nie słyszę w nim emocji; takich, które słyszałem, na ten przykład, na najnowszym krążku Iggy’ego Popa. „Gore” bardziej kojarzy mi się z kapelkami z Nuclear Blast wydającymi swoje płyty z zadziwiającą regularnością, co dwa lata. Powszechnie wiadomo przecież, że relacje pomiędzy Stephanem Carpenterem, a resztą zespołu nie są najlepsze (a przynajmniej nie były w trakcie tworzenia krążka) i być może właśnie w tym powinniśmy upatrywać przyczyny takiego stanu rzeczy. Trochę brzmi ta płyta, jakby muzycy sami do końca nie wiedzieli, co chcą grać. Jest kilka fajnych fragmentów – refren w „Prayers/Triangles” albo początek „(L)MIRL”, który to utwór mniej więcej od 2 minuty strasznie się rozjeżdża i z intrygującej ballady zamienia się w irytującą szantę – ale nie udało się stworzyć spójnej całości. Wspomniałem, że początkowo płyta mnie zauroczyła. Jest na niej kilka ładnych, chwytliwych melodii, które jednak są dosyć oczywiste i szybko się nudzą. Nieco transowy „Acid Hologram” zamiast odkrywać przed słuchaczem coraz to nowe smaczki, okazuje się być zwyczajnie nudny. Bez duszy. Dwa zapętlone, następujące po sobie motywy, które – chociaż całkiem fajnie ze sobą współgrają – zwyczajnie nużą. Mógłby ten numer trwać półtorej minuty i żadnej straty by nie było. Denerwuje też sterylne brzmienie płyty, takie, chciałoby się powiedzieć, nu-metalowe.photo-credit-frank-maddocks-extralarge_1459985715742

Jednak jako urodzony optymista staram się zawsze szukać pozytywów. No nie może być tak, że straciłem kilka godzin z życia nadaremno. Jak już wspomniałem – „(L)MIRL” to prawie udany kawałek, prawie, to znaczy do momentu, w którym przeradza się w pieśń żeglarską. Kilka miłych słów wypada napisać też o „Phantom Bridge”, chyba najlepszym numerze na płycie. Przyjemnie ten kawałek płynie, jest spójny i… najbardziej radiowy, takie mam wrażenie. Gdyby wyciąć końcówkę, oczywiście. Do radia nie nadaje się raczej „Hearts/Wires”, chociażby dlatego, że rozwija się zbyt długo i nie jest na tyle efektowny, co „Phantom Bridge”. Żadna to jednak wada – długi wstęp, trochę w stylu Spiritualized, to jeden z najciekawszych fragmentów albumu. Również zwrotka, stonowana, spokojna, z rozjechanymi gitarami w tle, brzmi intrygująco. To na tyle, jeśli chodzi o wodę w szklance, która jednak do połowy pełna nie jest.

A jak wygląda „Gore” na tle poprzednich dokonań Moreno i spółki? Mniej więcej tak, jak swego czasu wyglądała większość polskich piłkarzy na tle Emmanuela Olisadebe. Blado. Czy jest najgorszy? Chyba nie. Chyba, bo pewności nie mam. W moim odczuciu jednak „Gore” jest półkę wyżej niż krążek debiutancki i „Deftones”. Jeżeli jednak ktoś liczył na poziom równy temu, jaki zaprezentowali panowie na „White Pony”, albo chociaż „Kai No Yokan”, to się przeliczył. Tam wszystkie utwory tworzyły logiczną całość, spinały się klamrą; na „Gore” znajdziemy kilka fajnych pomysłów, jednak nie udało się ich w ciekawy sposób rozwinąć.

I pomyśleć, że była to jedna z najbardziej oczekiwanych tegorocznych premier… Może następna płyta dorówna poziomem wspomnianym powyżej albumom, i nie okaże się niewypałem? Zacytuję Kisiela – owszem, może. Szerokie i głębokie. (Paweł Drabarek)gore-cover-art-extralarge_1455050742551

Raczej nieczęsto na tych łamach zdarza wam się przeczytać opinię o płycie, która debiutowała na 2. miejscu słynnej listy Billboard 200, co? A taki właśnie sukces przypadł w udziale „Gore” – najnowszemu dziełu Deftones. O czynnikach, które złożyły się na ten sukces i o tym, czego mogło zabraknąć do zajęcia pozycji pierwszej – poniżej.

OSACZENI PRZEZ PTACTWO  Co tu robią te wszystkie flamingi? Dokąd zmierzają? Dlaczego w samym centrum tego wesołego stada widnieje spokojnie, lecz złowieszczo napis „GORE’? Czy członkowie zespołu Deftones zapisali się ostatnio do Greenpeace? To tylko kilka z wielu pytań, które przychodzą do głowy na pierwszy rzut oka. Mogę was uspokoić – „Gore” to nie koncept-album o zagładzie światowej populacji flamingów. W czym zatem rzecz? Jaka idea kryje się za tym, wydawałoby się, absurdalnym zestawieniem? Ano, stare, dobre przeciwieństwa. Gra kontrastami. Coś, co zespół umiejętnie uskutecznia od niepamiętnych czasów. W warstwie graficznej niewątpliwie im się udało. A co z muzyką?

CHOROBA/DWUBIEGUNOWA  Nie, ten ukośnik to nie pomyłka. Raczej luźne nawiązanie do pomysłu tytułowania utworów w formie dwuczęściowej, jak „Hearts/Wires” czy „Prayers/Triangles”. Jednak, wbrew pozorom, to nie w wyżej wymienionych utworach pacjent przejawia symptomy tytułowego schorzenia. Nie – tu stara się jeszcze zachowywać w miarę racjonalnie, udając przed światem, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. A przecież nie jest. Nie do końca. Modelowym tego przykładem jest przepiękny (do czasu, do czasu…) „Phantom Bride” z gościnnym udziałem Jerry’ego Cantrella. Generalnie jeden z najlepszych fragmentów albumu; wszystko jest tu dokładnie na swoim miejscu, dźwięki płyną leniwie, lecz prosto do celu. Znalazło się oczywiście w tej sielance miejsce na niespieszną, ale jakże udaną solówkę autorstwa wspomnianego gościa. I gdy już robi się tak błogo, coś znienacka burzy całą harmonię. Gitarowe wtręty, bo nie znajduję tu lepszego określenia, jak młot pneumatyczny wiercą w mojej głowie, psując całe wrażenie. I skąd one się wzięły, zapytacie? Czy któryś z członków zespołu powiedział na próbie: „kurczę, panowie, to jest za ładne, za grzeczne; trzeba coś z tym zrobić, bo jeszcze znów, nie daj Boże, wylądujemy na szczytach list przebojów”? Nie sądzę… Prędzej przyczyn upatrywałbym w konflikcie, jaki miał rzekomo wybuchnąć między gitarzystą Stephenem Carpenterem, a pozostałymi członkami zespołu. O co poszło? Podobno obie strony miały odmienne wizje tego, w jakim kierunku muzyka Deftones miałaby ewoluować w przyszłości. I w istocie, pewien konflikt interesów jest gdzieniegdzie na „Gore” wyczuwalny. To musiało wyglądać jakoś tak: „nie, Stephen, nie nagramy djentowego numeru, nie ma mowy! Ale jeśli chcesz, to wsadzimy ten twój riff na koniec jakiegoś kawałka i będziemy go tłuc przez minutę, zgoda?” A miałem pisać o zespole dojrzałym, doskonale wiedzącym, co i jak chce grać. Panowie mi tego zadania nie ułatwili. Intencje miałem szczytne…photo-credit-frank-maddocks-extralarge_1457569440901

DOOMED USER?  Nie, wręcz przeciwnie. To album wręcz skazany na powodzenie. Pomarudziłem sobie trochę, co w dodatku zajęło mi nieproporcjonalnie dużo miejsca, biorąc pod uwagę, że „Gore” to naprawdę kawał dobrej muzyki; czas skupić się na pozytywach. Pamiętacie, jak pisałem o zabawie w kontrasty? I choć czasami wychodzi karykaturalnie, o czym już raczyłem wspomnieć, są to raczej odosobnione przypadki, które nie powinny przesłaniać chyba kluczowej umiejętności Deftones: idealnego wyczucia dynamiki, umożliwiającego bardzo płynne poruszanie się między dźwiękami o różnym natężeniu. Te przejścia wydają się tak naturalne, że momentami niewiarygodne. A ileż to razy nagły skok decybeli powodował, że drżącymi rękoma gwałtownie zmniejszaliście głośność odtwarzanej muzyki – zupełnie, jakby jakaś kapela uznała, że koniecznie potrzebujecie terapii wstrząsowej? W tym wypadku taka sytuacja wam nie grozi.

Z każdej sekundy tej muzyki bije dzika energia i entuzjazm, których Amerykanom mogłaby pozazdrościć niejeden młody zespół, a których udanie podrobić się nie da. Czuć zaangażowanie, nie tak znów oczywiste w przypadku grupy z takim stażem i przekonanie, że odsłona Deftones słyszalna na „Gore” to w tym momencie jedyna i naturalnie zrodzona postać.

ZESPÓŁ JUŻ-DAWNO-NIE-NUMETALOWY  Skąd ten podtytuł? Szanowny redaktor Lerch zasugerował, abym, pisząc recenzję, wziął pod uwagę nu-metalowe korzenie zespołu i aktualne tegoż gatunku odrodzenie. I tu zaczynają się schody, bo ja nigdy Deftones przez taki pryzmat nie postrzegałem. W mojej świadomości grupa zawsze była czymś pomiędzy pupilkiem alegorycznego Antyradia a zespołem, który ma coś ciekawego do zaoferowania w kategorii bardzo szeroko pojętej alternatywy. Ze wskazaniem na to drugie. Wydaje się, że Deftones nieliczne pozostałości po nu-metalu zmyło z siebie już parę ładnych albumów temu. Jednak jak wiadomo, przeszłość lubi powracać, w mniej lub bardziej oczekiwanych formach. Cophoto-credit-frank-maddocks-extralarge_1457569542368 przypomina o dawnych latach i (nie)chlubnych początkach? Natury oszukać nie zdołasz, atawizmy od czasu do czasu dadzą o sobie znać. I tak zdarza się, że ni stąd, ni zowąd, muzyka zaczyna nieuchronnie przeć w kierunku najgłębszych korzeni zespołu, a wokalista drze się wniebogłosy. Takie sytuacje występują jednak w znikomej liczbie; jakby muzycy uznali, że to jednak zamknięty rozdział i ślepy zaułek. Cóż jeszcze świadczyć może o tęsknocie za przeszłością? Może fakt, że frontman Chino Moreno zapragnął ostatnio się odmłodzić i przefarbował włosy. Nie oceniam. Ot, taka ciekawostka.

W ostatecznym rozrachunku zbyt wielu objawów starczej melancholii raczej nie widać. I dobrze. Deftones jako zespół nieustannie ewoluuje, brzmiąc cały czas niby dokładnie tak samo, a jednak zawsze trochę inaczej. Jeśli zachęceni singlami – idealnie wyważonymi utworami, prawdziwymi perełkami „Gore”, które można bez przesady przyrównać do koni pociągowych albumu – sięgniecie po całość, nie powinniście odczuć zawodu. (Adam Gościniak)

Zdjęcia: Frank Maddocks