DECLINE OF THE I – Rebellion (Agonia Records)

O tym, że szczury zapędzone w zaułek bez wyjścia atakują swoich prześladowców, wiadomo nie od dziś. Okładkowy szczur z płyty Decline of the I raczej nie wygląda na zainteresowanego atakiem. Może to być jednak parafraza całego gatunku, który zapędzony w kozi róg postanowił postawić wszystko do góry nogami. Najnowsze dzieło francuskiego projektu na głowie gatunek stawia tylko częściowo, ale i tak stanowi niezłą alternatywę dla black metalowej sieczki.

O tym, że francuska scena jest dla black metalu transfuzją świeżej krwi już kiedyś pisałem, zatem bez zbędnych słów przechodzimy do czynów. Druga płyta dowodzonej przez A.K. formacji to kontynuacja eklektycznych poszukiwań z jedynki, jednak tym razem wyraźnie słychać, że metalowa ortodoksja zaznacza swoją obecność dużo bardziej niż na Inhibition. Dlaczego? Być może natura bierze górę, a może A.K. przestraszył się zbyt odważnych ruchów, które powodowały, że na debiucie metal był tylko dodatkiem. Na „Rebellion” jest go zatem pod dostatkiem i praktycznie w każdym numerze znajdziemy sporo ciężkich, masywnych partii gitarowych, że o blastach nie wspomnę. Czy taka mieszanka jest bardziej zrównoważona? Nie wiem, chyba ciekawszym albumem był jednak „Inhibition”, choć i na nowej płycie nie brakuje odjazdu. Mamy tu także sporo zaskakujących kontrastów, które powodują, że raczej nudzić się nie będziemy.

Tym razem zespół zapuszcza się w ponure, bardzo transowe rejony, mieląc miarowo jak w „Hexenface”. Ortodoksyjny pozostaje wokal, a jeśli ktoś chce otrzymać całościowy cios w ryj, niech spróbuje zmierzyć się z „Le rouge, le vide et le tordu”. To iście obłąkana jazda, z całym wachlarzem wściekłych wrzasków, blast beatów czy gitarowego hałasu. Równie ortodoksyjny wydaje się być walcowaty „The End of Prostration”, atakujący masywną ścianą gitarowego riffu, poprzetykanego akcydentalnymi wyciszeniami i partiami osamotnionej sekcji rytmicznej. Zdecydowanie najbliższy szaleńczemu black metalowi fragment stoi w opozycji do takich kolosów jak „Deus Sive Musica”, swoistego opus magnum płyty. W zasadzie jest tu wszystko – samplowany i połamany beat kojarzący się nieco z Aphex Twin, awangardowe partie gitar, rozmach wolnych partii hipnotyzujących zapętlonymi frazami instrumentów, przełamanych niemal industrialnym pulsem. Przez osiem minut dostajemy Decline of the I w pigułce.Decline

Siłą drugiej płyty jest bardzo dobre zrównoważenie poszczególnych składników. Zamiast zadawać utwory jednorodne, A.K. wszystko wymieszał, sprawiedliwie dzieląc czas między metalowe, elektroniczne i niemal symfoniczne pasaże. Czasami muzyka skręca delikatnie w stronę groteski, ciekawym zabiegiem jest użycie języka francuskiego, co szczególnie dobrze i nieco perwersyjnie wypada w namiętnie stosowanych, ponurych inkantacjach. Zamiast obecnego na debiucie w dużych ilościach trip-hopu (na „Rebellion” jest obecny gównie w „Lower Degree of God’s Might”), tu mamy dla odmiany ukłon w stronę doom/sludge, co na pewno wpływa na bardziej metalowy, mulisty obraz całości. Zastanawiam się, w czym tkwi siła takiego podejścia do ciężkiego grania. Być może chodzi o brak zahamowań w tworzeniu dźwiękowego kolażu? A może o to, że mimo wszystko, całość brzmi dość przystępnie dla metalowego ucha? W każdym razie, nawet jeśli nie jest to kolejny krok w stronę awangardy, zespół nadal potrafi świetnie operować kontrastami i ze znanych fragmentów budować intrygujące struktury. Jest takie powiedzenie – wyżej dupy nie podskoczysz. A.K. nie zamierza tego dokonać, za to bardzo wygodnie się na swoich czterech literach rozsiada.

Arek Lerch

Cztery i pół