DECLINE OF THE I – Escape (Agonia Records)

Nie wiem, może się czepiam, ale mam dziwne wrażenie, że Decline Of The I stoi w miejscu. Wytłumaczenie w postaci konceptualnego związku trzech pierwszych płyt zespołu wydaje się aż nadto oczywiste i rzecz jasna logiczne, niemniej wciąż czuję, że Francuzi nie chcą – lub nie potrafią – wychynąć poza pewne utarte schematy. Może to nie tylko ich problem, ale ogólnie większego grona zespołów bardziej „odważnych”, które z black metalu próbują zrobić inteligencką rozrywkę dla wybrańców, co w efekcie doprowadza ich głównie do zamknięcia się w dość wąskim kółku wzajemnej adoracji. Pochodzący z Paryża skład nawinął mi się po prostu jako idealny przykład tego typu grania, które z awangardą zaczyna mieć coraz częściej wspólną co najwyżej tylko nazwę.

Od początku kariery Decline Of The I to niemal podręcznikowy przykład black metalu z ambicjami. Dosyć niesłusznie kojarzeni z przedrostkiem „post”, znacznie więcej – przynajmniej bezpośrednio – czerpią od Blut Aus Nord czy Dødheimsgard niż od Darkthrone i Burzum, próbując swoich sił na bardziej awangardowym polu. Wątpię jednak, aby Francuzi byli w stanie nie tylko przewrócić black metal do góry nogami, ale choćby popchnąć go o milimetr w jakąkolwiek inną stronę. Awangarda, w ich przypadku, jest dość bezpieczna i przewidywalna. Praca gitar i rytmika nawiązuje dość wyraźnie do mniej oczywistych wydawnictw Blut Aus Nord z „The Work Which Transforms God” na czele, chociaż to samo w sobie akurat dziwić nie powinno. O ile jednak niektóre projekty – jak choćby Throane – są w stanie przekuć te inspiracje w coś wyraźnie swojego, tak Decline Of The I niekoniecznie potrafi połączyć szczątki dobrych pomysłów w jednorodną, intrygującą całość. Początek w postaci przewidywalnego „Disruption” nie zwiastuje nic dobrego. „Enslaved by Existence” przynosi już jednak spore nadzieje, głównie za sprawą ciekawych, niemalże symfonicznych aranży, które jednak nie są w ogóle przypałowe. Więcej barw pojawia się w partiach wokalnych, ale też w pracy gitar, które zamiast skupiać się na deathspellowskich dysonansach, atakują wściekle na staroszkolną modłę. Decline Of The I nie stroni też od elektroniki, do której ucieka bardzo chętnie i nierzadko – jak chociażby w „Organless Body” – wykorzystując ją w mało oczywisty sposób. Fajnie zaaranżowano też zamykający „Je Pense Donc Je Fuis”, który w pewnym sensie jest streszczeniem całego „Escape”, w skrócie przedstawiając zarówno wszystkie wady, jak i zalety trzeciego krążka Francuzów.DOTI

Na pierwszy rzut ucha na „Escape” wszystko zdaje się grać bez najmniejszego zgrzytu, niemniej problem zaczyna się rodzić, gdy człowiek łapie się na tym, że w sumie ta płyta przeleciała bez wiekszych emocji. Wiekszość patentów, których imają się Francuzi, są już mniej lub bardziej znane, a przez to niekoniecznie są one w stanie przykuć uwagę. Koncept wszystkich trzech albumów, oparty na badaniach agresji u szczurów prowadzonych przez Henriego Laborita sam w sobie jest niewątpliwie ciekawy, ale troszeczkę męczy jego opakowanie. Mam wrażenie, że „Escape” jest po prostu płytą niknącą wśród wielu podobnych wydawnictw i… bardzo oczywistą w swojej nieoczywistości. Inspiracje Decline Of The I są nazbyt wyraźne i mało wyszukane, co stawia Francuzów w gronie wielu innych może nie naśladowców, ale pilnych uczniów Blut Aus Nord. Być może moja opinia jest dość krzywdząca, ale niestety, awangarda powinna polegać na przełamywaniu barier, a nie robieniu wszystkiego, by własnie w ramach tejże „awangardy” się zamknąć. „Escape” – podobnie zresztą jak poprzednie „Inhibition” i „Rebellion” – są najzwyczajniej w świecie zbyt bezpieczne i mało szalone, czego nie są w stanie zmienić pojedyncze przejawy oryginalności. Od praktykantów Blut Aus Nord wolę po prostu Blut Aus Nord.

Michał Fryga

Trzy i pół