DECLINE – Cold Declaration of Visceral Disgust (Old Legend Production)

DECLINE to jeden z tych zespołów, o których z czystym sumieniem powiedzieć można, że budzi kontrowersje. Muzycy formacji świadomie przybierają pewną pozę i kpią z poprawności politycznej, która tak bardzo zdominowała nasze życie w XXI wieku. Nie będę tutaj dociekał tego, czy zespół jest w swoich poczynaniach szczery czy też zwyczajnie, cynicznie wykorzystuje naszą nieznośnie ugrzecznioną rzeczywistość, by ugrać coś dla siebie. Zajmijmy się muzyką a kwestie światopoglądowe zostawmy na inny czas i miejsce…

 

Do Decline niczym gówno do buta przyczepiła się nieznośna łatka klonu Infernal War. Trochę w tym racji jest i ukryć się nie da, że spora część pomysłów z „Cold Declaration…” mogłaby znaleźć się na jednym z wczesnych wydawnictw Infernal War. Jednak obecne oblicze zespołu Warcrimera ma się nijak do tego, co gra Decline, bo różnica poziomów jest aż nazbyt zauważalna.

Decline najbardziej interesująco wypada w momentach, gdy przynajmniej trochę zbacza z obranego kursu (powód jest prosty – Infernal War jest jeden i powtarzanie ich dokonań zwyczajnie nie ma sensu). Na pierwszy plan wybijają się: „Behated” (inteligentnie balansujący pomiędzy brutalną, szybką jazdą a walcowatymi i dość chaotycznymi zwolnieniami), „Krwawe Sztandary” (bardzo udany, polski tekst oraz nie mniej udana muzyka oparta na rzeźnickiej rytmice z kilkoma niemal death’owymi zwolnieniami) i chyba najciekawszy na płycie „Some Kind of Hate” (bardzo mocny numer dość śmiało łączący prosty, old schoolowy black z niemal rock’n’roll’owym feelingiem), który może i z pewnością będzie kojarzył się z dokonaniami Impaled Nazarene.

Przyznam, że trochę zawiodłem się na Decline. Zwyczajnie spodziewałem się po tym zespole więcej. Więcej pomysłów własnych a nie ciągłego odnoszenia się do kilku znanych nazw, których po raz kolejny przytaczać mi się już po prostu nie chce. Wychodzi jednak na to, że w chwili obecnej Decline to zespół, który aspiruje zdecydowanie wyżej niż pozwala im na to w sumie przeciętna muzyka. „Cold Declaration…” to płyta chwilami interesująca, ale boleśnie przewidywalna i poza małymi wyjątkami nie wykraczająca poza schemat i sztampę. Można nazwać taką postawę wiernością ideałom i twardym staniem na posterunku, ale można też zarzucić zespołowi zwykłą niemoc twórczą; na pytanie, które stwierdzenie bliższe jest prawdy, odpowiedzcie sobie sami…

 

Wiesław Czajkowski