DEATHSPELL OMEGA – The Synarchy Of Molten Bones (NoEvDia)

Niegdyś Deathspell Omega to była czołówka awangardy – zespół, który nie tracąc stricte black metalowego ducha nie tyle urabiał grunt pod nieoczywiste rozwiązania następców, co sam wytyczał dla nich trendy. Tak było, gdy DsO wypuszczali „Si Monvmentvm Reqvires, Circvmspice” i „Fas – Ite, Maledicti, In Ignem Aeternum”, a nawet, gdy pokazywali światu nieco spokojniejszy, mniej intensywny i szalony, choć wciąż wyśmienity Paracletus. To było jednak ponad sześć lat temu, przez które scena black metalowa nie stała w miejscu. Deathspell Omega nie są już pionierami. Teraz są zespołem jednym z wielu.

Głównym problemem The Synarchy Of Molten Bones jest to, że te cztery utwory brzmią DOKŁADNIE TAK SAMO, jak brzmiało Deathspell Omega w czasach, gdy wydawali „Monvmentvm…” i przede wszystkim „Fas…” – gwoli przypomnienia, było to gdzieś tak dziesięć lat temu. Do czynienia mamy dokładnie z tą samą nieprawdopodobną intensywnością, która sprawia, że można się spocić od samego słuchania. Wciąż ma się wrażenie, że poszczególne elementy kompletnie do siebie nie pasują, że wszystko zgrzyta i nie trybi, a przy tym mimo wszystko działa znakomicie. Za nawałnicą dźwięków kryje się swoista przebojowość – może nie aż tak wyraźna, jak w niektórych momentach „Fas…”, ale jednak można wyczuć pewną chwytliwość.do

No i tu jest właśnie pies pogrzebany – „The Synarchy…” jest albumem zbyt podobnym do „Fas – Ite, Maledicti, In Ignem Aeternum” by tym razem można było mówić o jakiejkolwiek rewolucji, a nawet by mówić choć o minimalnym zaskoczeniu. Właściwie, tegoroczna propozycja Deathspell Omega to wręcz album stereotypowy, idealnie wpasowujący się w definicję ich brzmienia. Teoretycznie tak samo dobry, jak poprzednie, praktycznie jednak – przez to, że nie otwierający żadnych nowych drzwi – nie wzbudzający aż tak dużych emocji, jak byśmy chcieli, a przynajmniej na jakie po cichu liczyliśmy. Szkoda, bo do końca miałem nadzieję, że DsO nadal jest grupą, którą stać, by dumnie kroczyć na czele. Mam wrażenie, że powoli znika w tłumie i nie potrafi utrzymać tempa.

Moje malkontenctwo nie zmienia jednak faktu, że nad „The Synarchy Of Molten Bones” spędzę jeszcze sporo czasu. To swego rodzaju pewniak; album, który nie sposób nazwać rewolucyjnym, ale który jednak pewnie osadzony jest w stylu mojego ulubionego wydawnictwa grupy. Ciągle, dzięki tej nieprawdopodobnej intensywności, czuję charakterystyczną zadyszkę i przyjemne zmęczenie, nadal przygniata mnie brzmienie i gęsta atmosfera. Tyle tylko, że…

…Że na „Fas – Ite, Maledicti, In Ignem Aeternum” mam to samo, ale w lepszym wydaniu.

Michał Fryga

Trzy i pół