DEATH ENGINE – Place Noire (Throatruiner)

Po obiecującym długograju „Mud”, Francuzi powracają z nowym kawałkiem hałasu. W zasadzie nic się nie zmieniło, nadal pokazują wszystkim środkowy palec, produkując momentami niestrawny hałas, łamią dźwięki i niezmiennie pozostają maksymalnie wkurzeni. Słowem – przełomu nie ma, co nie zmienia faktu, że Death Engine pozostaje dobrym reprezentantem podziemnej Francji. 

Ciekaw jestem czy muzycy Converge mają choć trochę samoświadomości wpływu, jaki wywarli na całe zastępy współczesnych ekstremalnych grup. Jedną z nich, hołdującą Amerykanom wprost z francuskiego Lorient, jest wciąż młode trio Death Engine. Grupa powstała w myśl idei, że ma być szybko, głośno i depresyjnie. Pracując w tej sposób wydali jedną ep-kę, długograj, aż wreszcie dochodzimy do „Place Noire”, z jednej strony dzieła na tyle dużego aby otworzyć drzwi do biur dużych agencji koncertowych, ale też na tyle hermetycznego, że łykną je fani – nie tylko francuskiego screamo, co tych wszystkich matematycznych wygibasów, przepełnionych dysonansami i chorymi melodiami. I właśnie w tym, co powinno stanowić siłę Death Engine, widzę zarazem bolączkę, która trapić będzie nie tylko fanów zmetalizowanego hc, co dronów i noise, do którego panowie bardzo, ale to bardzo często się odwołują.Death Engine

Trzydzieści minut nowej muzyki Francuzów to kawał niezwykle frapującego, inteligentnego, ale mimo wszystko muzycznego miszmaszu. Brakuje tutaj spójności, szerszej wizji. Rozumiem, że dłubanie w tak niezbyt plastycznej smole to sztuka sama w sobie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że panów jest raptem trzech, a najistotniejszy w całej twórczości tego bandu jest miejscami niemal mantryczny rytm. Nie zmienia to jednak faktu, iż wbrew pozorom szybciej zagrają u boku Kvelertak aniżeli Russian Circles czy Amen-Ra, i to może budzić wątpliwości co do zamiarów tej skądinąd bardzo utalentowanej ekipy.

Grzegorz Pindor

Trzy