DEATH ENGINE – Mud (Throatruiner Records)

Podobno Nails są najbardziej wkurzonym, hardcore’owym bandem na świecie. Może i tak, ale jeśli spojrzą w swoje lustro prawdy i zapytają o powyższe, mogą usłyszeć coś w stylu: wy jesteście wkurwieni, ale jest ktoś wkurwieńszy od was… I będzie to francuski kwartet Death Engine, który niedawno wydał debiutancki długograj o wdzięcznej nazwie „Mud”.

Znowu Francja. O zespołach z Throatruiner pisaliśmy już nie raz, że wspomnę o The Rodeo Idiot Engine, Direwolves czy As We Draw i Plebeian Grandstand. I zawsze była to muzyka z ledwością trzymająca emocje i wściekłość na wodzy. Coś jest w bandach z tego kraju, szczególnie ze sceny hc, że ten mrok, który chyba gdzieś tam głęboko w duszach tkwi, udaje im się przekazać dość dosłownie w muzyce. Death Engine nie odstaje, powiem wręcz, że jest chyba z tej całej gromadki najbardziej unurzany w atawistycznej nienawiści, brudzie, jest zły, pluje siarą i mrokiem jak mało który żabojad. Kolega Michał pisał niedawno o Whores. i do nich się tu odniosę, bo to przykład prawdziwie teutońskiego noise. Jeśli tak faktycznie jest, to nie wiem, jak nazwać to co produkuje Death Engine. Po lekturze ich płyty w uszach zostaje pisk a w zwojach mózgowych kotłuje się od niepotrzebnej adrenaliny.Death Engine

Pierwsze trzy numery z płyty wprowadzają paranoję na nowy poziom. Jeśli ktoś chce znaleźć jakieś potwierdzenie, że muzyka gitarowa to tylko niestrawny hałas, powinien jako pomoc naukową zakupić „Mud”.  Pierwszy strzał i nie ma jeńców – „Medusa” to wściekłość, brud, wrzask, wolne tempo, którym zespół rozjeżdża każdego śmiałka. Nie lepiej jest w „Organs”. To w zasadzie przykład współcześnie potraktowanego noise. Ważny jest tu sposób konstruowania aranżu – te maniakalne, grane unisono i powtarzane upierdliwie akcenty, nieco industrialna mechanika, która przechodzi w trans i w końcu rozpływa się w zgrzytach i piskach. Zresztą, „Cure” to wręcz ocieranie się o manierę wczesnego Swans. Na odpoczynek dostajemy krótkie, bezpłciowe trochę interludium z akustyczną gitarą („Zero” – dobry tytuł), by wkroczyć w chyba ciekawszą część płyty. Najlepszy jest tu „Entertain”, przynoszący apokaliptyczny, post industrialny taniec po linii Ministry, szczególnie w szybszych częściach podbudowanych mechaniczną, tłukącą perkusją. A transowa, podniosła, ponuro wlokąca się końcówka to prawdziwe mistrzostwo. Nie gorszy jest „Still”- miarowy, lekko wycofany, trzymający gniew na uwięzi, duszący go gdzieś pod skórą. No i majestatyczny, autentycznie godny finał płyty, dziewięciominutowy „Negative”. Na przykładzie tego numeru widać, jak bardzo zasłużony dla Death Engine jest stary dobry noise. Liniowe prowadzenie aranżu, doskonałe wykorzystanie bębnów do budowania monotonnej narracji i apoteoza gitarowego szaleństwa. Tu w zasadzie jest wszystko – lizardowe pasaże, szumy, kakofonia zgrzytów, niemiłosierny wrzask wokalisty i dwie minuty sprzęgów na koniec, jakby chcieli zamiast „do widzenia” powiedzieć: spierdalaj!

Nie wiem doprawdy, czy można ten kawałek muzyki traktować jako coś w rodzaju przyjemnego sposobu na spędzenie czasu. Hardcore miał w swoim założeniu wywracać życie do góry nogami, miał boleć i zmieniać ludzkie nastawienie. Cholera, Death Engine to się udaje, bo choć docierają do mnie głównie te noise’owe wątki, to całość powoduje coś w rodzaju dyskomfortu psychicznego. Dobra, choć trudna do przełknięcia rzecz…

Arek Lerch

Cztery