DEAFHEAVEN – New Bermuda (Sonic)

Deafheaven zawsze mieli ciężko i niemal od początku wzbudzali skrajne emocje. Redakcyjny kolega mocno przejechał się po różowej płycie Sunbather, z wszystkich stron padają zarzuty o brak szczerości, a zachwyty brodatych i zaokularowanych intelektualistów kontrastują z obrzydzeniem trv blekowców. Jak zwykle, psy szczekają a karawana jedzie dalej; nowa płyta, choć na pewno ostrzejsza od poprzedniczki, ponownie próbuje ożenić agresywną napierdalankę z dziedzictwem Slint. Moim zdaniem – z dobrym skutkiem.

Pobłażliwy jestem zapewne dlatego, że od początku bardziej sobie cenię „Grand Declaration of War” niż „De Mysteriis Dom Sathanas” zaś muzyczną edukację zaczynałem od punka i noise a nie od Iron Maiden. Skoro zatem ze swoich skłonności sam się rozgrzeszyłem, czas przejść do meritum. Cały paradoks „New Bermuda” zasadza się na dość banalnym w gruncie rzeczy mariażu brutalnych, black metalowych pochodów i post rocka, cokolwiek ten termin dzisiaj oznacza. Do tego dochodzi porozciągana do monstrualnych rozmiarów długość utworów i fakt, że panowie nie malują się i chadzają w wąskich spodniach – rurkach. Pasztet gotowy, jednak, jeśli odrzuci się wszystkie uprzedzenia (przecież prawdziwi metalowcy też w pewnym momencie przeskoczyli ze skór w dresy i jakoś nikt się nie buntował…), można się nieźle zabawić bo „New Bermuda” – nawet jeśli nie lokalizuje świętego Graala – dostarcza solidnej rozrywki na wysokim poziomie.Deafheaven_Photo_1303 Klasyczne dla wyżej wymienionego schematu są utwory „Luna” i „Come Back” – wszystko startuje od dość chwytliwego, zblastowanego napierania, by powoli, gdzieś od połowy, zrzucać kolejne warstwy ciężaru i rozpływać się w spokojnym, nieco zamglonym pejzażu, zmierzającym wyraźnie w stronę lat 70. Jest w tym coś ze wspomnianego Slint, momentami nawet wczesny Editors pobrzmiewa, ale zespół potrafi  też wyprowadzić z zaskoczenia niezły cios, bo np. w „Baby Blue”, w którym z kolei blastów wcale nie uświadczymy, dostajemy progresywny rozmach a nawet – co akurat mnie zdziwiło – dość heavy metalowy drive i takież riffy. Zapewne najciekawszy będzie świetnie zaaranżowany „Gifts for the Earth”, w którym Deafheaven podsumowuje chyba dotychczasowe pomysły. Jestem w stanie zrozumieć zniesmaczenie metalheads, których nie jest w stanie przekonać nawet ta część płyty, która może faktycznie powstała pod wpływem – jak deklarują sami muzycy – dokonań Morbid Angel (cóż, ekipą Trey’a inspirował się chyba nawet Weekend…), ale nie zgodzę się z twierdzeniami, że to muzyka fałszywa, sztuczna i bez ducha. Ok, nawet jeśli tak – wolę sztuczność Deafheaven od dętej a w efekcie idiotycznej błazenady prawdziwych metali, co to w corpsepaintach idą nawet na niedzielną mszę.

Przeczytałem gdzieś, że ponoć „New Bermuda” to płyta, której słucha się jak jednego, powtarzającego się kawałka. Być może kolega po piórze pomylił się i włączył opcję „repeat”, a może faktycznie jestem głuchy i dlatego propozycja Deafheaven do mnie dociera. Nie mam zamiaru tego rozstrzygać, hipsterski black nadal w siodle.

Arek Lerch

Pięć