DEAD SIRENS – Sound of a Bell (wyd. własne)

Dead Sirens dopiero zaczynają pisać swoją historię, choć już przed oficjalnym powstaniem w roku 2011, muzykanci zdobywali doświadczenia w zespołach The Roosters czy Boogie Nights. Co zresztą o niczym nie świadczy. Debiutancka, wydana własnym sumptem płyta to siedem kawałków utrzymanych stylistyce szeroko pojętego rocka. W tym przypadku słowo „szeroko” należy rozumieć jak najbardziej dosłownie…

Trochę się niepokoję, dlaczego moja recenzja jest pierwsza? Mając taki materiał, powinni mieć już cały koszyk pochwał. Nie rozumiem. A może recenzje były a ja po prostu jestem mało uważny?

Do rzeczy zatem. Dead Sirens postawili – w odróżnieniu od całej masy zespołów, łączących r’n’r z bardziej metalowymi naleciałościami – na spokojniejszy klimat. Owszem, jest tu sporo mocnych riffów i zdecydowanych rytmów, ale już w kwestiach aranżacyjnych zespół idzie w inną stronę, łącząc wyspiarskie klimaty ze skandynawskim rockiem. A momentami udaje się nawet do Nowego Jorku. Co mnie urzekło w tej historii? Ano, dbałość o szczegóły, bo one są kluczem do sukcesu – wszystkie smaczki, akcenciki, misternie zbudowany aranż każdego kawałka. Jasne, to rock’n’ roll a nie progresja, ale i tu można przemycić sporo dobra, o czym, niestety, całe grono szacownych muzykantów często zapomina, licząc, że doceniony zostanie po prostu dobry riff. Ok., czasami lubię zjeść veganburgera na ulicy, w smrodzie spalin, ale lubię też siąść w fajnej knajpie i delektować się żarciem estetycznie podanym. Wiecie, o co chodzi?

Dead Sirens nie gnają na oślep, czasami zatrzymują bieg wydarzeń, wprowadzając troszkę akustycznych klimatów a nade wszystko dbają o melodykę. I nie jest to melodia, polegająca na tym, że w refrenie wokalista przestaje się drzeć a zaczyna zawodzić (niestety, krajowy standard…), ale raczej o mnóstwo brzmieniowych niuansów, harmonii przewijających się w każdym numerze (faworyt – „Heartbreaker”, dobry tytuł; gotowy hit do polskiej wersji „Zmierzchu”, o ile takowa powstanie, oczywiście o postkomunistycznych wampirach, granych przez gwiazdki tfn…), dzięki którym słyszę fajne, inteligentnie skomponowane i zagrane piosenki. Szczyt tej inteligencji przypada w moim odczuciu na „Simple Things”, który to song rozwija się od balladowego wstępu po fufajterowski rock bardzo oszczędnie i ze smakiem wykonany. Co jeszcze zwraca uwagę? Czasami fajnie rezonujące współbrzmienia gitar, w innym miejscu ładnie, po funkowemu pracująca sekcja („Sound of a Bell”), gdzieś przewinie się żarcik w postaci wstawki reggae („Hungry Vultures” – The Strokes??) a także psychodeliczna mgiełka, spowijająca np. „Love Trap”. Ten ostatni song trwa aż siedem minut, ale nie miałem nerwowego odruchu zerkania na zegarek; widać, zespół potrafi swoją ofertą zwyczajnie zainteresować. Muzyka Dead Sirens nie jest skomplikowana i to właśnie kolejna zaleta – takiego materiału łatwo i przyjemnie się słucha – i oto chyba w tym chodzi… Może jedynie przydałby się jakiś lekki szlif brzmieniowy, gdzieś tam niepotrzebnie wyskoczy do przodu wokal, ale to już kwestia produkcji, na którą przyjdzie czas, jeśli zespół dotrwa do następnej sesji nagraniowej, na co mam nadzieję.

I w ten sposób, obok prawie – weteranów z The Black Tapes, stolica może popisać się kolejnym, fajnym zespołem, który w żywiołowy, ale i całkiem przemyślany sposób potrafi zagrać rocka. Po prostu – rocka, bez żadnych dodatków, „postów”, metalowych riffów i innych pierdół. Bezpretensjonalność załogi robi wrażenie i życzę, by tą – nazwijmy to trochę złośliwie – niewinność zachowali na moment podpisania jakiegoś kontraktu i nagrania  debiutanckiej płyty. Powodzonka.

Arek Lerch

Cztery