DE STAAT – Machinery (Mascot Records)

Holenderskie zespoły to przede wszystkim Pestilence, Gorefest i Gathering. Niekoniecznie w tej kolejności. Niestety, na temat muzyki nie – metalowej, pochodzącej z kraju tulipanów nie wiemy zbyt wiele. De Staat to doskonały pretekst, by zobaczyć jak taką, zgoła nieeuropejską muzykę grają na starym kontynencie…


Druga płyta Staat to przykład wysokoenergetycznego eklektyzmu końca wieku. Słuchając „Machinery” zdaję sobie nieoczekiwanie sprawę, że punk już był, sludge się przejadł, elektronika została wykorzystana w każdym aspekcie a stoner zdążył pokryć się lekkim kurzem, bo nikt nie był w stanie wymyślić go w pewnym sensie na nowo. I właśnie w tej ostatniej kategorii, tuż obok belgijskiego Drums Are For Parades, właśnie De Staat jest zespołem, który może pokazać Josh’owi Homme, jak wyjść ze ślepego zaułka, którym stała się dla Queens Of The Stone Age „Era Vulgaris”. Z całym szacunkiem dla tej w sumie bardzo zacnej płyty. Choć z drugiej strony nazywanie „Machinery” albumem stoner’owym jest niemal całkowicie pozbawione sensu. Holendrzy, bazując na pewnych, gatunkowych zwrotach, wykorzystując rytmikę i melodykę, do jakiej przyzwyczaił nas wspomniany już lider Królowych, aplikują swojej muzyce odpowiednią dawkę zgodnych z własnym charakterem pomysłów. Rzeczą, na jaką chciałem zwrócić uwagę w pierwszej kolejności jest kwestia aranżacji, bo te sprawiają wrażenie, jakoby miejscami muzyka De Staat zatrzymała się na etapie zespołowych improwizacji. Owszem, każdy kawałek jest oparty o wyrazisty pomysł/temat, jednak już wykończenie tegoż sprowadza się do luźnego jamowania. Co nie znaczy, że jest to złe, bo dodaje muzyce grupy autentyczności i świeżości, szczególnie, że także brzmienie dalekie jest od współczesnych, komputerowych produkcji, bazując na surowym i oszczędnym eksponowaniu dźwięków.

Obok całkiem normalnych piosenek De Staat bawi się umieszczając na płycie dość dziwne, choć fajnie urozmaicające jej strukturę kawałki – interludia w rodzaju „Swatshop”, gdzie obcujemy ze skandowanym wokalem na tle sekcji rytmicznej (coś na kształt „Mama” NoMeansNo…) czy jeszcze dziwniejszym „Old McDonald”, gdzie do wokali i bębnów dochodzą pokręcone sample i chóry. Wspomniane, niemal gospelowe chórki dominują też w „Keep Me Home”, który dla odmiany trąci mocno manierą Cave’a z okresu „The Firstborn Is Dead”, podobnie zresztą jak surowy „Back To The Grind”.  A kiedy trzeba De Staat potrafi popisać się miłą piosenką, np. wodewilowym „I’ll Never Marry You”. Dużo pisałem o stoner rocku – ten dominuje w „Rooster Man”, „Ah, I See”, „I’m A Rat” czy zabarwionym psycho – disco manierą… „Psycho Disco”. Oczywiście, to stoner dla ludzi tolerancyjnych, raczej liberalnie podchodzących do kanonów gatunkowych…

Cóż, jeśli pustynny rock ma znaleźć jakieś wyjście z matni, Homme powinien pojechać do Holandii. „Machinery” jest dla mnie kolejnym ogniwem w Odysei, zakończonej na „Era Vulgaris”. Co z tego, że płyta miejscami drażni obcesowym potraktowaniem instrumentów, skoro w wydaniu De Staat jest to takie oczywiste. W sytuacji, kiedy Homme zawiesił Queens’ na kołku a do głosu dochodzą koszmarki w stylu Kyuss Lives!, De Staat podejmuje nierówną walkę o to, by stoner nie stał się kolejnym, muzealnym gatunkiem, do którego wracamy z czystego sentymentu. Na razie idzie im całkiem nieźle…

Arek Lerch  5