DAWID PODSIADŁO – Małomiasteczkowy (Sony Music)

Gdyby w 2011 roku, podczas pierwszej edycji X Factor, ktoś powiedział Dawidowi, że kilka lat później wyprzeda cztery (CZTERY!) Torwary w ramach promocji trzeciej, solowej płyty, ten pewnie zachłysnąłby się ze śmiechu dietetyczną kolą. Dzisiaj zachłystywać się nie musi, słowo stało się ciałem, jesienna trasa promocyjna to prawie same sold outy, nierzadko podwójne albo i więcej (jak w przypadku wspomnianych, warszawskich sztuk), zaś fenomen wokalisty przy okazji rozmów o płycie „Małomiasteczkowy” próbujemy zgłębić z kolegą Pawłem. I – do cholery! – nie do końca wiemy, jak to ugryźć, bo tłumaczenie gigantycznej popularności wokalisty samym li tylko wizerunkiem tzw. „zwyczajnego kolesia”, nie wyczerpuje tematu. A, no i o muzyce też będzie. 

Paweł: Nawet jeżeli zdarza się nam na łamach Violence pisać o płytach, na które jest tzw. hype, to jednak zwykle są to rzeczy, w szerszej perspektywie, niszowe. Nadszedł wreszcie czas aby pogadać o krążku, na temat którego toczą się zażarte dyskusje w tramwajach, centrach handlowych i innych miejscach użyteczności publicznej. Co z tym „Małomiasteczkowym”? Fajna płyta czy nie?

Arek: Przyznam szczerze, że na początku miałem z tą płytą kłopot. Może powodem było to, ze podszedłem do niej, mając w głowie cały ten zgiełk zachwytu dziennikarskiego i nie mogłę indywidualnie się z muzyką zestroić. Potem załapałem, że fenomen – i tu uwaga, nie geniusz – płyty polega na CAŁOKSZTAŁCIE: połączeniu muzyki, produkcji i formy promocji. Pod tym względem płyta jest krajowym ewenementem. I z takiej pozycji zaczynam ją lubić. Czasami tylko łapię się na pytaniu, czy gdyby „Małomiasteczkowy” został nagrany przez nieznanego debiutanta, zachwyty byłyby równie powszechne?

Paweł: Nie. Na sukces tej płyty składa się nie tylko dobra muzyka, ale też umiejętna promocja i sama postać Podsiadły. Nie wyobrażam sobie, żeby debiutant znikąd, po jednym udanym krążku, był w stanie wyprzedać kilka razy Torwar…

Arek: Te sold outy wipisją się w histerię na punkcie wokalisty i w sumie nie wiem, czy to wynik głodu na jego muzykę czy raczej efekt umiejętnie stopniowanego napięcia. Cztery Torwary wpisują się do księgi Guinnessa, my zaś zostajemy z dylematem. Podsiadło debiutantem nie jest, w odróżnieniu od wielu wykonawców pchających karierę ile wlezie, zrobił sobie roczną przerwę a potem nagrał płytę, która jest dokładnie taka jak on – ZWYCZAJNA. Mało błyskotliwa. Ale i tak po kilku przesłuchaniach zaczynam do niej wracać. Dlaczego, do cholery?!D.P.

Paweł: A może właśnie ta zwyczajność tak przyciąga? Czytając i oglądając rozmowy z nim można odnieść wrażenie, że Podsiadło jest… normalny. Nie sili się na wielkiego artystę, nie nosi głowy w chmurach – cóż, nie jest irytujący, a do tego też ma jakiś specyficzny rodzaj charyzmy. Inna sprawa, że ta płyta to kopalnia hitów.

Arek: Normalność Podsiadło staje się już przysłowiowa a ja zaczynam między wierszami zastanawiać się, czy aby jaki manager nie wpadł na to, żeby przekonać Dawida, iż tą normalnością, tym januszowatym wąsem i ciuchami z szafy nastolatka wygra więcej niż gdyby robił z siebie gwiazdę. W sumie, podobnie jest z A. Dąbrowską. Zresztą, może psychotechniczne zmuszanie nas, żebyśmy o tej normalności rozmawiali jest kolejnym i sprytnym przy okazji elementem promocyjnym? Ale ok, muzyka… I tu też jest w pewnym sensie dziwnie, bo o ile np. ostatnia płyta wspomnianej Dąbrowskiej weszła mi od pierwszego słuchania, o tyle konstrukcja „Małomiasteczkowego” jest nie do końca oczywista. W każdym razie – po pierwszym przesłuchaniu, w samochodzie, pozwoliłem sobie zakląć – gdzie, kurwa, te przeboje?!

Paweł: Serio? Taki np. refren w „Trofea” nie wpadł Ci od razu w ucho? Ja przyznam, ze szybko wsiąkłem w ten krążek…

Arek: Ja wsiąkałem dłużej, może jestem stary, ale po jakimś czasie odkryłem, że właśnie ta zwyczajność, fakt, że nie ma tu takich bombastycznych refrenów, nachalnie wkręcających się w łeb, jest dla tej płyty znaczący. Bo taka muzyka ma szansę dłużej z nami zostać. Zrobię eksperyment i posłucham płyty za jakiś miesiąc… A pomijając kilka refrenów – co jeszcze może tu przykuć uwagę i wytłumaczyć pękające w szwach sale?

Paweł: Może fakt, że to płyta, na której każdy znajdzie coś dla siebie? Wystarczająco alternatywna dla kogoś, kto w mainstreamie nie siedzi, ale ma otwartą głowę, a jednocześnie na tyle przyjemna oraz przebojowa, że przełknie ją … no w sumie każdy. Inna sprawa, że fenomen pękających w szwach sal nie jest bezpośrednio związany z CAŁĄ płytą, a z tytułowym singlem + to o czym wspominaliśmy, czyli wizerunek i promocja. No bo bilety rozeszły się, gdy jeszcze mało kto całość znał.

Arek: Zastanawiam się, na ile jest to dzieło przypadku, bo przecież machina promocyjna zacinała się przy wielu większych pewniakach. W tej sytuacji mamy do czynienia z jakimś fenomenem… Wracając do zwyczajności i płyty – nawet mimo tych refrenów, to same kompozycje, instrumentalne aranżacje nie są w żadnym razie bombastyczne albo zaskakujące. Próżno szukać tu świetnych zagrywek instrumentalnych, całość podporządkowana jest głosowi Dawida. No tak, stawiam jednak na przypadek…

Paweł: Masz już jakies ulubione momenty tej płyty?

Arek: „Nie ma fal” albo „Najnowszy klip”, jakoś te numery robią robotę. No i „Matylda” przyjemnie leje miód na serce. Ogólnie, lubię te momenty, które bardziej ciążą w stronę indie rockowych klimatów. Liczy się jednak całość, bo wszystko, dosłownie wszystko jest tu idealnie zaprojektowanie, wymyślone i konceptualnie dopracowane. Te napisy na okładce, trochę, jakby mały chłopczyk opowiadał postronnym ludizom – to moja płyta, to mój wydawca, moi sponsorzy i śpiewam na niej po polsku. Nawiasem – fakt, że Dawid zdecydował się śpiewać po polsku to kolejny element sukcesu. Pardon, pan Podsiadło a nie Dawid, bo przecież śpiewa w jednej z piosenek, że czuje się obdarty z prywatności, kiedy każdy wali do niego po imieniu…

Paweł: O, z tym polskim to racja. Czy „Malomiasteczkowy”, gdyby nie zmieniać w nim nic oprócz języka, stałby się równie dużym hitem? Jakos mam wrażenie graniczace z pewnością, że nie. Czyli – kolejna trafna decyzja.

Arek: Ilość trafnych decyzji w przypadku tego pana jest zatrważająco duża. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że wszystko – z wisienką na torcie w postaci kiosku, w którym artysta osobiście swoje płyty sprzedawał – co robi Podsiadło jest magicznie precyzyjne. Może miejscami zbyt ugłaskane i takie”przyjazne” (dla każdego), ale jednocześnie – co już ktoś zauważył – człowiek słucha tej muzyki i nie ma poczucia zażenowania.D.P. Live ICE Kraków 2016

Paweł: Czyli co – cieszmy się tym panem Podsiadłą, póki jest, i jest w formie, bo w końcu, jak sam zapowiada „jeszcze tylko kilka przyjemnych płyt i wyjedzie stąd”.

Arek: Na pewno będę czekał na kolejną płytę, bo jestem zaintrygowany czy jeszcze raz uda mu się tak spektakularny wyczyn. Życzę mu, żeby wyczucie go nie opuściło. Teraz muszę przyznać, że chciałbym zobaczyć jak to wypada na żywo.… choć, żeby troszeczkę jednak się przyczepić, w ogólnym rozrachunku nie podoba mi się okładka (śmiech).

Paweł: To już chyba łatwiej bilety na Tool dostać (śmiech), a tak z innej beczki – co odpowiedziałbys Maleńczukowi, który twierdzi, że „Podsiadło jest nudny, a kiedyś żeby być idolem młodzieży trzeba było być kontrowersyjnym„. Już abstrahując od samego Maleńczuka, który, trochę w stylu ś.p. Pawła Zarzecznego często mówi coś, z czym sam się nie do końca zgadza tylko po to, aby po trochu wzbudzić kontrowersję, a po trochu pozwolić opinii publicznej spojrzeć na zagadnienie z innej strony.

Arek: Nie mam z tym problemu, bo zawsze można wymyślić coś krytycznego. Brak kontrowersji? Ależ Podsiadło uczynił z tego braku największą zaletę. Poza tym – przepraszam panie Maleńczuk, kim jest Podsiadło, który w najtrudniejszym koncertowo mieście sprzedaje cztery Torwary?! Antyidolem?! Bzdury. Nie potrzebuje kontrowersji, bo też i jego muzyka adresowana jest do osób, ktore od takowych stronią. W sumie stworzył idealny prdukt, promowany w sposób niemalże perfekcyjny. Czego może chcieć więcej? Wyprzedanej, londyńskiej The O2?

Dziwili się Paweł Drabarek i Arek Lerch

Zdjęcia: Dawid Podsiadło FB