DAS MOON – Dead (Requiem Records)

Smutek mam we krwi – śpiewała pieśniarka Dąbrowska i choć pewnie chodziło jej o jakieś tam – że użyję słów Johnera z czwartego „Obcego” – babskie sprawy, to jednak trafiła w sedno tarczy. Smutna muzyka zawsze była w naszych sercach i posoce. Kiedyś za sprawą The Cure (dobrze), potem za sprawą metalu gotyckiego (cholernie źle) a teraz… Teraz wszystko się wymieszało i jest dobrze. Przykładem jest nowe dzieło elektro – techno – post – gotyckiego Das Moon w kolorze czerwonym.

Nowa, trzecia już płyta Das Moon to piękne potwierdzenie tezy, że najważniejsze są zajawka, pomysł i konsekwencja. Tego trójce muzyków nie brakuje. Realizują swoją wizję, łączą dźwięki z bardzo plastycznym wizerunkiem, nie boją się eksperymentować, dlatego pewnie na „Dead” wyrzucili niemal całkowicie gitary i postawili na taneczne bity. I choć ten opis wydaje się wyczerpywać temat, nie jest tak prosto, bo to kuriozalny przykład tanecznej łupanki, która w zasadzie absolutnie nie nadaje się do tancbudy. Wręcz przeciwnie, najlepiej słucha się muzyki w domowym zaciszu, kiedy spod elektro bitów wychodzi melancholia, niepokój i zamglone melodie. Całość jest poświęcona rozgrywkom damsko – męskim, podkreśla to oprawa, noże sugerują rzeź, czerwień, wiadomo. Symbolika bardzo wyrazista, podobnie jak inspiracje zespołu. Jest w tym coś z prowokacji, poczynając od nazbyt wyrazistych skojarzeń, przez aluzje do niemieckich masterów od komputerów (pieśń „Gone”) i przerysowana niechęć do gotyku czy Depeche Mode. Cóż z tym zrobić, skoro klimat taki właśnie jest a kiedy z głośników wylatują dźwięki „Owl” i „City Will”, twórców „Construction Time Again” widzę bardzo wyraźnie. Na szczęście, „Dead” jest na tyle indywidualną, dobrze skrojoną wypowiedzią, że nie ginie w tym wszystkim Das Moon jako taki. DAS MOON foto jarek sadkowski 01

Na początek słowo dla radiowców – panowie i panie: puszczajcie jak najczęściej „Gold”, toż to murowany hit! Refren, hipnotycznie zaśpiewany przez Daisy, łazi za mną niczym natrętny kot. Równie ciekawy jest dynamiczny, flirtujący z saksofonem „Locuts”, szorstki, industrialny numer tytułowy i nieco „noworomantyczny” „Rain”. To tylko pewne punkty odniesienia, pokazujące w jakim obszarze Das Moon się porusza i gdzie czuje się najlepiej. To także przykład ewolucji mroku w muzyce, pokazujący, że można go wygenerować za pomocą całkiem przystępnych, przyjemnych w odbiorze środków. Jednak największą zaletą zespołu jest niezwykła plastyczność Das Moon, który wydaje się być bardziej performerskim kolektywem, kreującym pewną, niepokojącą rzeczywistość. Zespół sprawnie żongluje  oszczędnie dobranymi środkami, przez co płyta nie męczy, a raczej intryguje, miękko wprowadzając w rozedrgany, elektorpopowy świat.

Arek Lerch

Zdjęcie: Jarek Sadkowski