DARK ORDER – Cold War of the Condor (Battlegod)

Cóż, znam pewnego herbatnika z Ziemi Żelaza, któremu opowieść oparta na kanwie historii reżimu Pinocheta z pewnością przypadnie do gustu. Dla mnie jest to kwestia dyskusyjna czy temat ten zasługuje na 75 minut muzyki, choć z pewnością – z punktu widzenia historyka amatora i politologa – sam temat jest niezwykle interesujący. Jak widać dla australijskiego Dark Order także.

A co dostaniemy, jeżeli odrzemy ‘Cold War of the Condor’ z warstwy tekstowej? Mnóstwo bardzo, ale to bardzo przyzwoitego thrashu odegranego na modłę Slayer, wczesnej Sepultury czy Exodus. Dark Order miota się na obrzeżach thrash i death metalu, sypiąc raz pełnym sterydów riffem pokroju ‘Dissension of the Raptor’, ‘Blood Fire’ czy ‘Operation Condor’, by potem pójść w bardziej zwichrowane technicznie rejony i fikuśną, core’ową wręcz rytmikę ‘State of Siege’ czy ‘Caravan of Death’. I, co może wydać się najśmieszniejsze, wszystko się ze sobą zgadza, a klimat lat ’80 jest jak widać nie tylko obecny w historii, którą Dark Order zdecydowało się nam opowiedzieć. Album ma jednak dwie wady, na które z pewnością nie cierpiały krążki pokroju ‘Divine Intervention’ czy ‘Schiozphrenia’. Po pierwsze muzyka wypełnia niemal cały srebrny krążek, co przy dość agresywnej muzyce i stosunkowo sztampowej stylistyce jest na dłuższą metę dość trudne do zniesienia. No, przecież to nie jest ‘Reign in Blood’, które można katować całą dobę, a i tak będzie mało. Po drugie, ‘Cold War of the Condor’ niejako na siłę próbuje dostosować warstwę muzyczną do konceptu płyty, rzucając brzmiące niczym ballady pewnego znanego zespołu ‘A Lament for Victor Jara’ i ‘Requiem Eternal’, czy wyglądające jak odrzut z sesji ‘Róży miłości…’ Kata nijakie ‘Tears of the Exiled’. Pal sześć, jeśli brzmi to naprawdę przyzwoicie, jak w ‘Villa Grimaldi’ i ‘Criminal of State’, gdzie miarowe, masywne riffy łączą się z klimatyczną partią wyciszonych gitar, ale kilka numerów można było spokojnie z czwartej płyty Australijczyków wyciąć i materiał z pewnością nie straciłby na jakości, a z pewnością zyskał na przyswajalności.

Czwarta płyta Dark Order to dość przyzwoity kawałek thrashu, który momentami skręca w stylistykę agresywnego cross-over. Z małymi wyjątkami słucha się tego nieźle, choć długość materiału jest niestety zbyt przytłaczającą, co jest raczej zarzutem przy dość odtwórczym podejściu do thrashu i nienaturalnie rozwleczonych kompozycjach. Przecież to ma być thrash, a nie pełen ekwilibrystycznych popisów prog-rock dla młodzieży noszącej okulary w grubych rogowych oprawach.

Dooban 4