DARIA ZAWIAŁOW – Helsinki (Sony)

Helsinki to miasto nieoczywiste – słońce może rozświetlać post-radziecką architekturę, ty możesz spacerować po ulicach niemal cały dzień z konstatacją, że nie jest wcale tak zimno, by po powrocie do mieszkania stwierdzić odmrożenie kończyn. Rzecz jasna, trochę koloryzuję, co nie zmienia faktu, że podobną, choć odwrotną, dwuznaczność odnajduję w tej płycie: pozornie chłodnej, konstrukcyjnie opartej na nowofalowych środkach wyrazu, zarazem jednak naprawdę bogatej w warstwie emocji.

Słuchając singlowych „Nie Dobiję Się Do Ciebie” i „Szarówki” zastanawiałem się, czy całość materiału będzie zakleszczona w dwóch sentymentach do lat osiemdziesiątych – tym elektronicznym, zrodzonym na swoistym revivalu tego brzmienia, dowodem którego chociażby popularność coveru „Wszystko czego dziś chcę” Brodki, oraz gitarowym, bezwstydnie czerpiącym z Maanam albo Lombardu. I rzeczywiście, wspomnianą epokę na „Helsinkach” słychać, pewnie nawet jej brzmieniem można definiować brzmienie tej płyty, ale nie jest to porównanie wyczerpujące temat. Po pierwsze dlatego, że zawiera się w nim domyślne założenie nihil novi, przejawiające się w podejściu „przyjemnie się słucha, ale to wszystko już było”. Muzycznie pewnie i tak, ale pokaz wielkiego wokalnego i tekściarskiego talentu, z jakim spotykam się na „Helsinkach”, nie pozwala mi patrzeć na tę płytę jak na odświeżanie starej szmatki, w której ktoś nieumiejętnie zacerował dziury wygryzione przez mole. Rzecz jasna, w internecie można natknąć się na opinie mówiące, że powielanie klisz jakoś odrzuca od twórczości Zawiałow, ba, że może nawet jej samej nie daje do końca rozwinąć skrzydeł. Widzę to zgoła inaczej; przecież na „Helsinkach” te skrzydła są rozwinięte i w pełnym locie. Wokalistka w tym momencie buduje na brzmieniu, które budzi sentyment i nie zaskakuje, ale też wyciska tę estetykę do cna, nagina ją do swoich potrzeb i umiejętnie użytymi atrybutami epoki tylko podkreśla własne atuty.Daria Zawiałow

Wspomniane to nie tylko wokal – moim zdaniem znajdujący się dzisiaj w ciekawym miejscu, przy całej dojrzałości i samoświadomości wciąż trochę naiwny czy momentami zaczepny – ale i teksty; niebanalne, z nieoczywistym doborem semantyki, chwilami ocierające się o tworzenie nowych konstrukcji słownych. Odniosłem wrażenie, że Zawiałow naprawdę opowiada historie – trafnymi tego przykładami „Saloniki” czy „Wielka Płyta” – a nie tylko zawiesza w próżni bezokoliczniki, kreśląc realia, w których te historie mogłyby zaistnieć, a nie zaistnieją, ponieważ zwrotka jest niczym więcej, niż przykrywką, podskórnym oczekiwaniem na refren. Tutaj jest czymś więcej. A drugi powód, dla którego „Helsinki” to więcej, niż odświeżanie starych sentymentów, nazywa się różnorodność. Bo na długości szesnastu numerów (to w zasadzie jedyny mankament tego materiału, bo nawet najsprawniej złożone kompozycje muszą w takiej liczbie przytłaczać) zbliżają się do piosenki aktorskiej („Zbrodnie Ikara”), magnetycznej anglojęzycznej alternatywy spod znaku London Grammar („Winter Is Coming”), czy niemalże glam rocka („Majami Synek”). To krążek zakotwiczony w nowej fali, ale też z ciekawością rozglądający się w inne strony. Bardzo dobrze napisany i fantastycznie zaśpiewany. Gdzieś między popularną alternatywą a ambitnym popem. Płyta, do której na pewno będę wracał.

Adam Gościniak

Pięć