DANZIG – Black Laden Crown (AFM)

Nawiązując do jednej z fascynacji Glenna, Danzig przypomina mi komiks. Ładnie narysowany, lekko perwersyjny, z dużą ilością seksu i plastikowych diabełków. Z czasem obrazki komiksu stają się coraz bardziej przerysowane, ktoś coś domaluje, podkoloryzuje, nie zawsze z sensem i komiks zmienia się we własną karykaturę. Wolimy wracać do oryginalnej a nie niepotrzebnie poprawionej wersji.

No i wracamy. Nie będę ukrywał, że jestem fanem klasycznej czwórki. Genialny debiut, bombastycznie przebojowy album „Lucifuge” i jego udana – z perspektywy czasu – kopia „How The Gods Kill”, wreszcie miażdżąca „4”. Nic więcej nie trzeba. Riffy Johna Christa, potężne bębnienie Biscuitsa i diabelski Elvis przy mikrofonie. Nawet nagrany po zmianach w składzie, zindustrializowany „Blackacidevil” robi dzisiaj niezłe wrażenie. Cała późniejsza historia jest w sumie dość smutna i dokładnie taka jak napisałem we wstępie – niepotrzebnie przerysowywana i poprawiana aż do absurdu. Co nie zmienia faktu, że każdą płytę testowałem licząc, że może wreszcie będzie pierdolnięcie na miarę klasyki. Tak jest do dzisiaj, z małym wyjątkiem – z lektury „Skeletons” zrezygnowałem po przestudiowaniu okładki.credit_Paul_BrownCo z tego, że w pewnym momencie Glenn zrezygnował z elektroniki i znowu próbuje zarazić otoczenie diabolicznym hardrockiem, skoro wszystko trąci myszką. I tu mały paradoks, bo w pewnym sensie Glenn wreszcie znalazł miejsce, gdzie być może miałby szansę coś ugrać. Nowa płyta to muzyczny konglomerat ciężaru, ponurej atmosfery, nawet jakiegoś gotyckiego mroku. Wszystko przewala się wolno (pomijając fragmenty „But a Nightmare”), ściska gardło i wciąga w jakiś ponury, duszny taniec. I byłby to nawet udany powrót po siedmiu latach, gdyby nie trzy zasadnicze problemy. Po pierwsze, trzeba mieć dobre riffy; niestety, poza ciężarem, daleko im nośności „christowch” przebojów. Poza tym – produkcja. Nie pierwszy raz płyty późnego Danzig brzmią dość przeciętnie. Mając w składzie znakomitych (a przynajmniej czujących takie klimaty) pałkerów Castillo i Kelly’ego można było bardziej dopracować brzmienie sekcji, a nie spychać pod warstwę gitarową. To jednak tylko bolączki. Najważniejsza jest trzecia kwestia: Glenn – wokalista paskudnie się starzeje i myślę tu oczywiście o jego głosie a nie o wałeczkach na brzuchu. Nasz bohater choć cały czas myśli, że jest wcieleniem Elvisa, zwyczajnie niedomaga, ratując kiepską formę studyjnym, jak przypuszczam, retuszem. Jeśli dodać do tego brak nośnych melodii (co ciekawe, na płycie zrezygnowano z refrenów co jeszcze bardziej podkreśla wokalną niemoc), mamy do czynienia z albumem – kamikadze: zamykamy oczy i jedziemy po bandzie. O okładce nawet nie wspominam. Dziwna płyta, nie oceniam, bo zwyczajnie nie wiem, jak…

Arek Lerch

Zdjęcie: Paul Brown