DANCE LIKE DYNAMITE – This Funeral Is Sold Out (JAM/High Heels)

Zapraszamy na pogrzeb. Śmieszne? Może, ale na taki pogrzeb mogę pójść. Pewnie jeszcze się załapię. Dance Like Dynamite powstał jakiś czas temu z inicjatywy znanych tu  ówdzie panów Piotra Pawłowskiego (The Shipyard/Made In Poland) oraz Krzysztofa Sadowskiego (ex-Vulgar). Połączenie morskiego powietrza i ciągotek w stronę mrocznych klimatów wreszcie  zmaterializowało się w postaci debiutanckiego krążka, do którego dołączono też ep-kę „Dying In Slow Motion” z 2016r.

Okazuje się, że mrok może być kolorowy. I nie chodzi mi tylko o bardzo przyjemną okładkę „This Funeral Is Sold Out”, ale o pomysł na muzykę. Trudno w tym momencie mówić o oryginalności, choć momentami zespół zbliża się do takowej, łącząc wyrafinowane, nowofalowe harmonie z niemal progresywnym rozmachem – to jedynie jedna ze ścieżek, którymi poruszają się muzycy. Podstawą kompozycji jest duża chwytliwość, tak partii wokalnych jak instrumentalnych, dobre aranżacje  i wykonanie, choć to oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę doświadczenie muzykantów. Zastanawiam się, czy DLD udało się stworzyć coś w rodzaju własnego stylu, bo faktycznie, jest w tym jednak duża repetycja znanych z przeszłości rozwiązań. Na plus można zaliczyć grupie fakt, że ani razu nie popada w nudę, co i rusz zmieniając kierunek poszukiwań. Jednocześnie album jest bardzo równy a spoiwem jest wspomniany klimat muzyki – mroczny, ale nie przesadzony, przyjemnie łechcący podniebienie.DLD

Dance Like Dynamite wiedzą, że bardzo łatwo jest zmęczyć współczesnego słuchacza, dlatego od czasu do czasu potrafią zagrać wręcz przebojowo – „Radio Desperation” czy „No One Knows I Used To Use You” to piękne, lepiące się do ucha piosenki, choć pierwszy z wymienionych numerów rozwija się z takim rozmachem, że pod koniec lądujemy na niemalże artrockowej ziemi. Jest oczywiście nowofalowo/gotycki mrok („Destruction Time Construction Time”), trochę post punkowego hałasu („Erotic Intelligence”) a w „Handsome Corpses” zespół brata się, co może zaskoczyć, z industrialem. Nieco inne historie to tajemniczy „Nothing Left but Nothing”, będący czymś w rodzaju performance na bazie techno beatu, czy krautowy minimal „Tempt Me (I Woke Up Crying)“. Na osobny komentarz zasługuje też kończący płytę kower maanamowej „Zdrady“ i tu od razu uwaga – zespół swoją wersję nagrał długo przed śmiercią Kory, zatem nie ma mowy o tzw. wykorzystywaniu sytuacji. Co do samej interpretacji – jest… ok. Solidna, bez specjalnego wyginania oryginału, być może DLD przesunęli ją nieco bardziej w stronę rocka kosztem nowofalowego chłodu.

Zespół w bardzo ładny sposób spina to wszystko lekko noworomantyczną aurą, ciepłymi basami i głębokim wokalem Krzyśka Sadowskiego, dzięki czemu, mimo zróżnicowania, całość brzmi spójnie i momentami całkiem ciekawie. Powiem otwarcie – nie znajdziecie tu niczego oryginalnego, tylko dobrze upichconą muzykę ze znanymi wątkami. Obiad bez zaskoczeń? Ale jak to smakuje…

Arek Lerch

Cztery i pół