MASZYNY I MOTYLE – Czas

Maszyny i Motyle wracają z drugą, równie udaną płytą, która pokazuje jednocześnie, że zespół nie spoczął na laurach, ciągle poszukuje i wzbogaca swoją ofertę. „Czas” to kompletne pod względem grafiki i muzyki wydawnictwo, dające jednocześnie nadzieję na coś więcej w przyszłości. Czyli lepiej – przynajmniej w dniu dzisiejszym – być nie może. 

Debiutancki krążek „Panoptiokn” zwiastował paranoję. Uwięzione w okładce nasze własne odbicie i w sumie bezkompromisowy atak pogiętych perkusyjnych bitów, zderzonych z gitarowymi nawałnicami przytłaczały, ale też pokazywały, że MiM mają spore ambicje. Ambicje, które pomogły dwójce muzyków (obecnie…) stworzyć dojrzalsze dzieło, miejscami mocno zaskakujące, ale też… budzące nadzieje na wielki finał w postaci kolejnej płyty. Zostawmy jednak futurystyczne bajania i skupmy się na tym, co otrzymujemy w dniu dzisiejszym. Krótko pisząc – jest czego słuchać.MiM

Zespół doszlifował warsztat, odchudził aranżacje, przemyślał koncepcję i rozpoczął mozolne odchodzenie od czysto industrialnej formuły. Jasne, bez problemu usłyszymy na tym materiale fabryczne dziedzictwo, jednak jest ono w zasadzie fundamentem, na którym MiM buduje nową tożsamość. Już okładka może wprawić w konsternację – tajemniczy obraz, sugerujący jakieś matematyczne łamańce, po odpaleniu płyty może być uznany za typowe mylenie tropów. Muzyka wkracza bowiem w świat rytualnego transu, poszytego mechaniczną pulsacją i dodatkowo – to jest nowość – wzbogaconą o wokalne wtręty Choć przyznam, że akurat ten element nie do końca mnie przekonuje. Najważniejszy jest rytm – zapętlony, kojarzący się z jakimiś obrzędami, hipnotyzuje, stając się najważniejszym elementem, spajającym koncepcję muzyczną. Gitary także odważniej porzucają agresywne riffowanie i prowadzą własne opowieści, czasami zaskakująco sugestywne („Iloraz”), to znowu droczące się z rytmicznym kontekstem. Najlepiej wypada to w długim, ponad trzynastominutowym utworze „Rany”, gdzie zespół mistrzowsko buduje napięcie. Jeśli miałbym jednak wskazać fragment, który „rokuje”, będzie to niewątpliwie „Inercyja”, opatrzona świetną grą akordeonu. I właśnie to zderzenie nietypowego jak na industrial instrumentu z ponurym podkładem jest dla mnie drogowskazem na przyszłość. Więcej takich zaskoczeń. Spodziewam się, że płyta nr 3 rozwali system.

Arek Lerch

Pięć