CZAR – Life Is No Way to Treat an Animal

Gdybym został zapytany o definicję szaleństwa w metalu, wskazałbym kilka kapel z zupełnie różnych stron. Z pewnością poświęciłbym dużo miejsca The Dillinger Escape Plan, nie omieszkałbym wspomnieć o Mr. Bungle (choć do dzisiaj nie wiem, co oni grali…), w ciepłych słowach nawiązałbym do zapomnianego już Dysharmonic Orchestra. Ważną kwestią jest, jak odczytać słowo „szaleństwo” w połączeniu z metalem. Według mnie, to ciężka do opisania mieszanka muzycznego ADHD i mnogości odmiennych od siebie motywów, która już od pierwszych sekund brzmi, jak efekt przedawkowania pewnego kolumbijskiego narkotyku. Przez dłuższy czas byłem święcie przekonany, że w hulaniu nikt nie będzie w stanie dojść do zaszczytnej pozycji wyżej wymienionych formacji. A później usłyszałem Czar i moje zdanie pozostało niezmienne.

Amerykanie nawet na chwilę nie próbują osadzić swojej muzyki na stabilnym gruncie. Bezczelnie częstują wszelkiej maści gatunkowych ortodoksów środkowym palcem i w dźwięki przekuwają wszystko to, co im tylko przyjdzie do głowy. „O, pszczoła bzyczy, nagrajmy to!”, „Słyszałeś? Woda w garnku zaczyna się gotować, zróbmy z tego riff!” – tak odczytuję intencję naszych bohaterów pochodzących z położonej nieopodal Seattle Tacomy. Mimo niewielkiej odległości dzielącej obydwa miasta, panowie nie wpletli do swojej mikstury elementów grunge. Już chciałem napisać o królującym pierwiastku „core” zaklętym w dźwiękach „Life Is No Way to Treat an Animal”, aczkolwiek byłby to spory nietakt względem jego twórców. Pomijając stale buzujący charakter płyty, ciężko wskazać konkretny element wyróżniający się na niej. Istotą drugiego „długograja” Czar jest buchający na wszystkie strony eklektyzm i zmienność motywów niczym w kalejdoskopie. Nawet na chwilę „Life Is No Way to Treat an Animal nie zaoferuje nam choćby garstki czegoś, co można by nazwać spójnym. Cała płyta opiera się na nierozwiniętych motywach, czym jestem nie do końca usatysfakcjonowany. W większości tych utworów ciężko będzie dostrzec nawet namiastki riffu. To zwyczajnie skrzące się sekwencje pojedynczych akordów, których nie przekuto w jeden charakterystyczny motyw. Mimo lwiej ilości piosenek zapełniających następcę „Old Haunts” – aż 19! – sugerowałbym wydłużenie czasu niektórych z nich, a może nawet redukcję ilości na rzecz choćby krzty „normalności” i zwiększenia liczby zapamiętywalnych motywów. Co z tego, że Amerykanie mogą poszczycić się umiejętnością zgrabnego przejścia z niemal grindcore’owej łupanki w jazzowy wir, skoro nie idzie za tym nic więcej? CZAR

W tym momencie aż się prosi, by zestawić Czar z prog-metalowymi kapelami. Wprawdzie muzyczne terytoria zupełnie inne, ale wady dokładnie takie same: nadmierne epatowanie niezliczonymi pomysłami skutkuje brakiem dobrych piosenek. W przypadku Czar można mówić nawet o całkowitym braku piosenek. Muzykę na „Life Is No Way to Treat an Animal” nazwałbym prędzej wysypiskiem nut – jest ich dużo, każda z zupełnie z innej parafii, lecz złożone w niezbyt spójną całość, nie przyniosą dobrych efektów. W żadnym wypadku nie odmawiam Czar talentu i perspektyw na przyszłość. Wręcz przeciwnie, jeśli choć trochę powściągną ogromny wachlarz swoich koncepcji odnośnie zwariowania muzyki, będzie naprawdę świetnie.

Łukasz Brzozowski

Trzy